|
|
A ja tak nie chcę...
27 sierpień 2008
|
Co jest najśmieszniejsze w ludziach:
Zawsze myślą na odwrót: spieszy im sie do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.
Paulo Coelho |
|
Komentarzy:
10
|
|
Bałkany a sprawa polska...
11 czerwiec 2008
|
Padły mity, zweryfikowały się legendy, wróciliśmy szczęśliwi, zadowoleni i wypoczęci. Najmniejszy zgrzyt nie przyćmił mojego rozpogodzonego czoła. Przejechaliśmy Słowację, Węgry, Serbię, Czarnogórę, Kosowo, Macedonię, Albanię, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. Zrobiliśmy 4600 km, co z uwagi na samochód typu 4x4 oraz wybierane drogi należy uznać za spory wyczyn. Poznaliśmy kraje, ludzi, ich kulturę. To nieznajomość przeraża, niewiedza rodzi potwory...
Wszędzie spotykaliśmy życzliwych, uśmiechniętych ludzi, którzy żyją swoimi problemami. Rajmond, młody albański nauczyciel przekazuje kilku dzieciakom w wiejskiej szkółce wiedzę o świecie, tablice ściera króliczymi łapkami, Kosowianie z entuzjazmem budują swoje nowe państwo w pyle i spiekocie dnia, ciche serbskie monastyry toną w zieleni, a dumni Serbowie zamiatają podwórka, z gór krainy dwugłowego orła zjeżdżają na osiołkach ojciec z synem, spiesząc się na targ, by sprzedać swe haftowane poduszki. Drogą przemykają najnowsze modele aut, a porsche z naklejką AL nikogo nie dziwi… Zmęczony upałem policjant rozmawia po angielsku, życzy szerokiej drogi. Kraje kontrastów…
A nad tym wszystkim, na wysokich drzewach skaczą małpy odpowiedzialne za politykę. I tam ich zostawmy…
Wracamy z naładowanymi akumulatorami do naszego, cywilizowanego podobno kraju. Energii nie starczy na długo. To u nas oprócz Jamesa Bonda, licence to kill mają Otylia i Zientarski, Agatę Mróz proponują wynieść na ołtarze jako świętą a Podolskiego, za strzelone nam bramki pozbawić obywatelstwa. Chory kraj…
Muszę zaplanować kolejny wyjazd, bo nie zdzierżę tu długo…

|
|
Komentarzy:
7
|
|
Shqiperia czyli Albania '2008
13 maj 2008
|
Już w piątek wyjeżdżamy na podbój bałkańskich dróg a właściwie to bezdroży. Shqiperia Offroad Jeep Rzeszów '2008 czas zacząć.
Kirył wypakowany, mapy zgromadzone, Google Earth można wyłączyć, pora na real. Co nas tam czeka? Ano zobaczymy.
Trzymajcie kciuki...
|
|
Komentarzy:
5
|
|
Paradoks?
26 marzec 2008
|
Hmmm...
"Miliony ludzi marzą o nieśmiertelności: to ci sami ludzie, którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić w deszczowe niedzielne popołudnie."
Susan Ertz
W związku z tym, że ja wiem, co ze sobą zrobić oraz z natłokiem zadań i atrakcyjną rzeczywistością kontakt z blogiem zostaje ograniczony do koniecznego minimum. A szkoda, tematów się zebrało, że ho ho. Ale są priorytety...
|
|
Komentarzy:
4
|
|
Dzień za dniem, rok za rokiem
19 marzec 2008
|
I kto by się spodziewał… Nawet nie zauważyłem, że już kilka dni temu minął rok od czasu, gdy zacząłem swoje wypociny umieszczać tu, na blogu. 13 marca 2007 roku, w imieniny Bożki. I jakoś tak cicho, bez sztucznych ogni, feerii barw, prezentów, confetti, życzeń… Nawet piwa nikt nie postawił…
Zresztą, jakie to ma znaczenie. Ostatnio i tak zajęć tyle, że nie wróżę blogowi dostatnich dni. Długie, zimowe wieczory się skończyły, sezon rajdowy powoli startuje, oj, innymi rzeczami zaprzątamy sobie głowę. Powieje tu nudą?
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech każdy się dowie...
07 marzec 2008
|
Badania przeprowadzone przez rosyjskich naukowców ujawniły, że piwo jasne pełne zawiera sporą dawkę żeńskich hormonów, czyli estrogenu i progesteronu. Eksperyment przeprowadzono na reprezentatywnej grupie 100 mężczyzn - ochotników. Z zebraniem tak wielkiej grupy naukowcy nie mieli żadnego kłopotu. Zgłosili się tłumnie studenci, mężczyźni samotni, żyjący w zdrowych związkach, starsi inżynierowie, początkujący programiści, pełni sił lotnicy, strażacy, zestresowani lekarze, zblazowane marketoidy oraz Alosza Michajłuk z małej wioski pod Donieckiem.
Aby móc sprawdzić, czy rzeczywiście piwo zawiera żeńskie hormony, każdy z nich otrzymał 11 butelek piwa „Putin” o pojemności 0,5 l każda celem wprowadzenia ich zawartości do organizmu. Czas badania wynosił około 3 godzin.
Wynik eksperymentu potwierdziły tezę postawioną na początku:
- u 75 % stwierdzono zaburzenia myślenia i mowy, - 100 % nie potrafiło prowadzić samochodu, - 90 % zauważyło u siebie tendencję do tycia, - 80 % wpadło w melancholię i wybuchało płaczem o byle głupstwo, - 80 % chciało wydać pieniądze na byle co, - 75 % trudno było zrozumieć,
zaś
- 95 % musiało usiąść, żeby się wysikać
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, drodzy Piwosze! |
|
Komentarzy:
6
|
|
Ferrari w ogniu…
28 luty 2008
|
Panowie Zientarscy, ojciec i syn, twórcy doskonałych programów motoryzacyjnych, m in. „Pasjonaci”, „Vmax”. Połowa motoryzacyjnego duetu Zientarskich, Maciej rozbił się wczoraj w samochodzie ferrari F430, choć niektórzy podają, że było to ferrari modena 360. Kierowca wypadek przeżył, w b. ciężkim stanie walczy o życie w szpitalu. Nie jechał sam. Mniej szczęścia miał pasażer - też dziennikarz motoryzacyjny, Jarosław Zabiega z „Super Expresu”. Zginął na miejscu…
Auto zostało podrzucone na nierówności drogi, kierowca stracił nad nim panowanie. Ferrari sunęło najpierw po trawie a następnie z wielką energią uderzyło o przęsło wiaduktu. Wypadek miał miejsce w Warszawie, na ulicy Puławskiej. Samochód rozpadł się na strzępy i stanął w płomieniach. Zarówno kierowca jak i pasażer (jak twierdzą świadkowie) nie mieli zapiętych pasów bezpieczeństwa. Maciejowi udało się wyczołgać z wraku, Jarek w nim już pozostał…
Do tragedii doszło wieczorem, ok. godziny 22:00. Samochód nie jechał wolno…
Nieznane są jeszcze dokładnie przyczyny wypadku. Miejsce to naznaczone było już śladami tragedii. W odległości kilkudziesięciu metrów miał miejsce 3 miesiące temu podobny wypadek. Na początku 2006 r. zginął tu kierowca, potem jego kolega ustawiający „ku pamięci” znicz w tym feralnym miejscu. Informacja o nierównej nawierzchni i tragediach dotarła do Zarządu Dróg Miejskich. Obiecano wtedy, że nierówność jezdni zostaną usunięte. Przeprowadzono remont fragmentu ul. Puławskiej, ten odcinek jednak pomijając…
W 2007 roku Maciej, znany z zamiłowania do szybkiej jazdy, uległ również wypadkowi. Wtedy motocyklowemu. Wyszedł jednak z niego bez poważniejszych obrażeń…
Spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym to sprawa poważna. Maciejowi życzę powrotu do zdrowia, czekają go bowiem ciężkie chwile. Musi odpowiedzieć za swój czyn, także w swoim sumieniu, wypadek musi zostać zbadany. Życia kolegi się nie wróci… Przyczyny mogły być różne, ale nie czarujmy się, kierowca zwiększył tu sporo prawdopodobieństwo jego zaistnienia. Mam nadzieję, że prawo nie zostanie nagięte, bo w wypadku uczestniczył „znany i lubiany”. Tak zdarzało się już w przeszłości…
P.S. Trzymaj się Maciej! P.S.2. Żal, że niektórzy jego fani nie znają prawidłowej pisowni jego nazwiska…
|
|
Komentarzy:
6
|
|
I szanty szlag trafił…
26 luty 2008
|
A miało być tak pięknie. Zawsze około połowy stycznia budzę się rano z pytaniem cisnącym się na usta: „Kiedy Shanties?”. Potem znajduję termin, planuję wyjazd, zastanawiam się z czym go połączyć. Jedno jest pewne: umiejscawiam precyzyjnie sernik na wieczornym Kazimierzu…
To miał być ten weekend, kilka koncertów, potem może wspólne „darcie ryja”. I rozłożyło mnie… Nieprzewidywalnie i podstępnie. Głowa boli, w kościach łamie. Nic się nie chce… Łudziłem się, że to taka trzydniówka, równie szybko przejdzie jak przyszła… W piątek wiedziałem, że się jej nie spieszy. W niedzielę kryzys. W poniedziałek głuchy lekarz: „ja tu nic nie słyszę”…
Dzisiaj zaczyna przechodzić, i co z tego, jak i szanty, i kawę i sernik i Kraków szlag trafił…
Znalazłem ersatz. Chociaż sobie posłucham: http://www.gaduradio.pl/szanty
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Terenówki? Po co?
25 luty 2008
|
Do czego tak naprawdę służą samochody terenowe? Zapytano brytyjskich kierowców, w jakich celach wykorzystują głównie swoje wypasione pojazdy. Wiadomo, że terenówki służą przede wszystkim jako wygodny środek transportu, niekoniecznie w trudnym terenie. Sprawdzają się i w mieście.
Kierowcy z GB wykorzystują je do: 1. Przewożenia zakupów (76 proc.) 2. Jazdy po autostradzie (72 proc.) 3. Jazdy po błotnistych polnych drogach, duktach leśnych itd. (42 proc.) 4. Jazdy po bezdrożach (34 proc.) 5. Przewożenia dzieci do i ze szkoły (18 proc.)
Jak widać, samochody o konkretnym przeznaczeniu używane są do celów, jakie producent zapewne nie uznał za priorytetowe. No dobrze, a gdzie lans, podryw, wyciąganie drzew z lasu, dowożenie piwa do schroniska, tropienie imigrantów na zielonych granicach, dowożenie paszy do paśników i poprawa image'u? Nie ma?
Do czego zatem służy moja?
1. Do wyjazdów w przecudnej urody miejsca. 2. Do wyciągania przyjaciół i znajomych z rowu, błota, zaspy śniegowej. 3. Do wyciągania jej z rowu, zaspy śniegowej lub błota. 4. Do jeżdżenia nią, by zakupić pasujący wreszcie do tego modelu akumulator. 5. Do brudzenia osiedlowej uliczki błotem, przez co wspomaga moje zdrowie i zwiększa ilość mojego ruchu (z miotłą). 6. Do jeżdżenia do pracy i podrzucania dzieci do szkoły (a jednak). 7. Do zaprzyjaźniania się z personelem stacji benzynowych w okolicy i składania im częstych wizyt. 8. Do inwestowania w nią, bo …Albania czeka, o ile nie rozgorzeje…
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Posadź drzewo
21 luty 2008
|

Skoro ujeżdżamy te śmierdzące maszyny, skoro spalin coraz więcej wokół nas, skoro giną drzewa a szrotówek kasztanowcowiaczek wpieprza nam kasztanowce, skoro wycinane są lasy Amazonii i Syberii, a w biurach „paperless office” zużywa się coraz więcej papieru, skoro niszczarki pracują na pełnych obrotach a stosy reklam walają się pod Waszymi drzwiami - to posadź drzewo! Ty wirtualne, a firma posadzi za Ciebie prawdziwe! Kampinoski Park Narodowy, Park Narodowy Gór Stołowych, Ojcowski Park Narodowy zostały już zasilone nowymi nasadzeniami. Już ponad 170 tysięcy drzew posadzono. Więc spraw się i Ty!
http://arjano.posadzdrzewo.pl
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Kierowca Godny Zaufania
20 luty 2008
|
Otrzymałem niedawno zgodnie z wszelkimi konwenansami taki właśnie tytuł. To pokłosie konkursu, w którym zostałem laureatem - „Drogi Zaufania. Bezpieczna Ósemka”. Jest to część kompleksowego programu poprawy bezpieczeństwa drogowego w Polsce. Na krajowej „ósemce” w ubiegłym roku zginęło 760 osób. W całej Polsce w tym czasie śmierć na drogach poniosły aż 5243 osoby… Rozpoczęto zatem od najbardziej niebezpiecznej drogi krajowej w Polsce, a co potem? Zgodnie z przesłaniem „Ósemka - osiem - osiemdziesiąt osiem”. W tym roku działania mają być realizowane na ośmiu, a w 2009 r. na wszystkich 88 drogach krajowych w Polsce. Czym różni się ten program od innych? Wiele przecież mówi się w naszym kraju o konieczności poprawy bezpieczeństwa na drogach. Otóż odchodząc od telewizyjnych reklam, wzniosłych haseł, gwiazd show-biznesu, billboardów i kampanii medialnych skierowanych do kierowców zwrócono się wreszcie ku konkretnym pracom inżynieryjnym, budowlanym, mającym poprawić bezpieczeństwo. Drogowcy przeprowadzili remonty drogi na wielu kilometrach, przebudowują mosty, zaprojektowali bezkolizyjne skrzyżowania, zmienili nawierzchnię, dostosowali ją do wymogów drogi ekspresowej, w budowie są liczne obwodnice miasteczek. Stworzono kilometry chodników zamiast ciemnych poboczy, zbudowano lub poszerzono ścieżki rowerowe, przebudowane zostały zatoczki autobusowe i dodane barierki bezpieczeństwa. Mam nadzieję, że efektem tych prac będzie to, że będziemy mogli poruszać się płynniej i bezpieczniej. Ósemką jeżdżę tylko kilka razy w roku, może dlatego widzę zmiany. Na lepsze.
Wszyscy czekamy na sieć autostrad w Polsce. Prace się ślimaczą, nie przystąpiono w wielu miejscach nawet do procedury wykupu gruntów. Ile więc to jeszcze potrwa? Mistrzostwa ‘2012 miały nam dodać rozpędu. Miały… Tym bardziej miło popatrzeć, że coś dzieje się jednak na naszych drogach. Różnicę widać, to inna jakość. Byle tylko przyjęło to formę pospolitego ruszenia. Poczekamy, zobaczymy… Ale czy doczekamy się tu, na Podkarpaciu?
I pamiętajcie: wypadek to nie przypadek. Idę nakleić na wóz stosowną naklejkę, którą otrzymałem. Możecie na mnie liczyć… Postaram się nie robić głupstw.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
82 lata za kółkiem…
18 luty 2008
|

Muriel Gladwin, 94 letnia babcia z Wielkiej Brytanii jest najprawdopodobniej najstarszym aktywnym kierowcą. Na pewno zaś w GB. Ale nie wieloletni staż za kółkiem może dziwić, a to, że przez te wszystkie lata Muriel nie miała żadnego wypadku, najmniejszej nawet stłuczki. Nigdy nie zapłaciła mandatu, ani za przekroczenie prędkości, ani nawet za nieprawidłowe parkowanie. Nauczyła się jeździć sama w wieku 12 lat w 1925 r. W tajemnicy przed rodzicami opanowywała forda model T, jeżdżąc nim po wiejskich dróżkach. Auto było oczywiście czarne, zgodnie z wolą sir Forda. Rodzice żyli w nieświadomości przez 2 lata, w końcu Muriel przyznała się do tego, że posiadła zdolność panowania nad samochodem. Rodzice prowadzący piekarnię skrzętnie to wykorzystali - od 14 roku życia Muriel rozwoziła pieczywo firmowym vanem z logo „Piekarnia”. Van osiągał zawrotną prędkość maksymalną 30 mil na godzinę.
Nikt wtedy nie wymagał od kierowców wykazania się na egzaminach czy zdania testu praktycznego. Dopiero 3 lata później Muriel oficjalnie zdała test w Hereford i w wieku 17 lat otrzymała prawo jazdy.
Do dzisiaj przejechała ponad 600 tysięcy mil. W bardziej zrozumiałych jednostkach to ponad jeden milion kilometrów! I nadal prowadzi. Uważa się za bardzo ostrożnego i odpowiedzialnego kierowcę. Jej rada dla drogowych oszołomów: „miej zawsze oczy szeroko otwarte i obserwuj innych uczestników ruchu. I zawsze trzymaj się reguł!”.
„Jeżeli na drodze jest ograniczenie do 50 km/h to jadę maksymalnie 50 km/h, mając cały czas przygotowaną nogę, by wcisnąć hamulec” - twierdzi.
Przez ten długi okres babcia Muriel prowadziła forda T, austina 8, austina metro, 3 mini a ostatnio dosiada 34 letniego mini i peugeota 106. Jak pani Gladwin ocenia dzisiejszy ruch drogowy?
„To już nie są senne wiejskie uliczki, gdzie z rzadka widywało się samochód. Czuję się fatalnie myśląc o rezygnacji, ale dzisiejszy ruch jest tak wielki a ludzie czynią tyle głupich rzeczy…”
Może weźmiemy sobie do serca rady babci Muriel? Przynajmniej pierwszą :-)
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Pożegnanie z Afryką…
15 luty 2008
|
Rajd Dakar organizowany jest od 30 lat. W tym roku na starcie miało stanąć prawie 570 pojazdów. Trasa miała przebiegać przez Portugalię, Hiszpanię, Maroko, Mauretanię i Senegal. Miała…
Tegoroczna edycja rajdu, który tradycyjnie miał odbyć się na czarnym kontynencie została jednak dowołana. Imprezę zawieszono w atmosferze lekkiego skandalu, już po badaniach technicznych pojazdów, w przeddzień startu z Lizbony. Oficjalny powód to zagrożenie bezpieczeństwa uczestników. Francuskie ministerstwo spraw zagranicznych wskazało na możliwe akcje terrorystyczne na terenie Mauretanii, których celem mieli być uczestnicy imprezy.
Niedawno pojawiła się ważna informacja na temat przyszłości imprezy. Pomysł nowej formuły rajdu to impreza w Ameryce Południowej. Szacowana data to początek stycznia 2009 r. Trasy imprezy o długości przewidywanej na ponad 9000 kilometrów poprowadzą przez Argentynę i Chile. Czy organizatorzy spodziewają się, że potencjalni terroryści do Chile nie trafią, czy nie stać ich będzie na bilet?
A co z charakterem rajdu? Czy to, że południowoamerykańska impreza nie straci dakarskiego logo wystarczy? Co z walką w piaskach pustyni, palącym słońcem, odległościami? Organizatorzy twierdzą, że charakter rajdu nie ulegnie zmianie, nadal będzie postrzegany jako „pustynny”. Jean- Louis Schlesser, dwukrotny triumfator rajdu stwierdził, że wystartuje w imprezie pod warunkiem, że nie będzie to klasyczny rajd typu WRC lecz rajd terenowy.
Zdaniem organizatorów zawodnicy będą nadal musieli wykazać swoją sprawność w warunkach pustynnych, typowych dla afrykańskiego rajdu. Uczestnicy i ich maszyny zmierzą się bowiem z pustynią Atacama, pokonają odcinki prowadzące piaszczystymi plażami nad Pacyfikiem. Czekają też ich nowe wyzwania, nowe tereny: wysokie góry, pampa, znacznie trudniejsze nawigacyjnie przeprawy przez pasma wzgórz i szczytów.
Zawodnicy przywitali decyzję organizatorów z pewną rezerwą. O ile dla dużych zespołów zmiana kontynentu nie będzie stanowiła dużego problemu, to dla małych ekip oraz pasjonatów Rajdu Dakar może to oznaczać koniec startów, gdyż znacznie wzrosną koszty transportu sprzętu.
Zgłoszeni do Dakaru 2008 będą mieli pierwszeństwo w zapisach do przyszłorocznej imprezy. Dodatkowe zgłoszenia do rajdu Dakar Argentyna Chile przyjmowane będą od 15 maja na tych samych zasadach jakie obowiązywały w tegorocznej edycji - macie zatem już niewiele czasu.
Decydować się!
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Ej, Walenty!
14 luty 2008
|

I drogowo i walentynkowo... Znak oznacza, że opuszczamy St. Valenin, dzień się bowiem chyli ku końcowi. Z netu płynie ogólne narzekanie na komercyjność, zły dobór terminu, zamerykanizowanie i płytkość "święta". A mi ono nie przeszkadza...
Nikt nie zmusza mnie, bym kupował popędzane nawozami pseudotulipany, pęczki róż po 9,99 czy stringi w czerwone serduszka. No, jak ktoś jest słaby i czuje presję to proszę...
W domku dzieciaczki porysowały serduszka. "Uczuciowe" rysunki zdominowały nawet zadania domowe: komiks pierworodnego "Przygody królika Baki" i konkurs córy "Samochód wyścigowy przyszłości" ("tata, czy auto w przyszłości musi mieć koła?"). Irish kawa z kremówką uwieńczyła obiad. Przynajmniej jest pretekst, by wrąbać doskonałe ciacho. Teraz tylko dotrwać do Dnia Kupały...
|
|
Komentarzy:
0
|
|
The Gay Car of the Year
12 luty 2008
|

Fiat 500. Większość z nas zna konkurs na samochód roku: „Car of the Year”. Co roku wybierane jest jedno auto z pośród kilkudziesięciu zgłoszonych. Europejskim autem roku 2008 został produkowany wyłącznie w Polsce, w zakładach w Tychach fiacik 500. Do wielu zdobytych wyróżnień i tytułów dołączył i ten za innowacyjność w podejściu do małego, miejskiego autka. Oceniano oczywiście wersję najbardziej wypasioną, która „nieco” różni się od zwykłego golasa, którego można nabyć już od 34500 zł.
Co proponuje nowy model 500, czyli następca „cinguecento”? Po pierwsze aż 5 gwiazdek w testach zderzeniowych EuroNCAP, 7 poduszek bezpieczeństwa, w tym chroniąca kolana. Pełne 100 KM (1.4, 16 V) pod maską, ESP w standardzie, niebanalną stylizację nawiązującą do włoskiego pierwowzoru z lat 50-tych. O niewielkim zużyciu paliwa nie ma co wspominać, auto zadowoli się ok. 6 litrami paliwa na 100 km. Silnik spełnia wymogi emisji spalin wg normy Euro 5 i to na dwa lata przed wejściem jej w życie!
Czy przyszło Wam jednak do głowy, że można rozpisać konkurs „Gay Car of the Year”? Czemu nie, w dzisiejszej dobie homopromocji wszystko jest możliwe. Na pomysł wpadł francuski portal LeDorga. W konkursie na przedstawione samochody głosowali hmmm… chyba nie heteroseksualiści, coż oni mieliby bowiem robić na tej stronie? I tu niespodzianka! Otóż główną nagrodę zgarnął… opisywany powyżej fiacior! Zdystansował konkurentów, zdobył 122 punkty, gdy auto z miejsca II: Alfa Romeo Competizione tylko 83. Ostatnie na podium Audi R8 zadowoliło się 53 punktami.
Na swoje ulubione samochody głosowali geje z Europy. Czy z Polski? Czy nasi królewicze wysłali też swoje typy? Jakoś wybory minęły w kraju bez echa… Co takiego geje zobaczyli w tym autku? Po raz pierwszy nie zagłosowali na limuzynę i nie na kabrioleta! Auto o długości 355 cm… No tak, nie zawsze długość jest ważna. Liczy się czasem technika. A tej małemu wozidełku można pozazdrościć.
W tym roku koncern Fiata przygotowuje się do dużych wyzwań, „autko z Polski” ma się pojawić w ilości 60 tysięcy w tym roku i ponad 120 tysięcy w przyszłym. Rynek czeka… Fiat na swojej oficjalnej stronie jakoś nie chwali się kolejnym tytułem. Czyżby spece od PR obawiali się reakcji opozycji polskiego rządu? Popatrzmy na statystyki sprzedaży tego wózka. O zakazie rejestracji fiata 500 w Polsce nie mamy co marzyć…
Z kronikarskiego jedynie obowiązku podaję, że kandydat do powyższego tytułu Jeep Cherokee nie zdobył ani jednego punktu… ZERO! Nie pojawiła się tam zresztą ani honda, ani focus…
Yes!Yes!Yes!
P.S. Jak myślicie, lewy, dół się nada?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Porajdowe sprzątanie
10 luty 2008
|
Długo ściągałem naklejki rajdowe z burt wozu. Kto by pomyślał, że na zimnie taśma tak się potrafi zdegradować, by rwała się co 2 milimetry. Za to klej pierwsza klasa, trzymał jakby był amerykańską superprodukcją z NASA. A spróbuj tu skleić coś - zaraz się rozlezie. Taka jest przewrotna natura rzeczy. One wiedzą czego od nich oczekujemy i robią zawsze na złość - odwrotnie. Drapałem pazurami pół soboty, benzyna ekstrakcyjna, rozpuszczalnik ftalowy, do farb olejnych, kicha!
Co za emocji można było doznać podczas pracy. Gdy udało się złapać kawalątek przezroczystego skotcha i oderwać od burty tak z 2 cm... Ech... Orgazm w uchu!
Po 17:00 przednie i tylne drzwi z obu stron były czyste, moje paznokcie wręcz przeciwnie. Nie szkodzi, obetnie się. Wyrzuciłem z bagażnika liny, łańcuchy, pomarańczowego koguta, rolkę srajtaśmy, podpałkę do grilla, kable rozruchowe 600 A (taaaa...), siekiereczkę i kilka aluminiowych puszek. Skąd tu puszki? |
|
Komentarzy:
1
|
|
Mądre...
08 luty 2008
|
Zachowujemy się tak, jakby naszymi głównymi potrzebami były wygoda i luksus, podczas gdy do szczęścia potrzebujemy pasji, której się z entuzjazmem poświęcamy.
Sir Charles Kingsley Webster, historyk brytyjski
|
|
Komentarzy:
4
|
|
I po rajdzie...
08 luty 2008
|
Spoczywanie na laurach jest niebezpieczne jak spoczywanie zimą na śniegu. Umierasz w czasie snu. Wittgenstein Ludwig
Wróciliśmy z Magurskiego. Ach, jak zwykle pogoda próbowała nas zaskoczyć. Tuż po zjeździe z serpentyn Magury zaczął towarzyszyć nam głębszy śnieg i opadająca mgłą marznąca szadź. Krwistą poświatą przywitały nas światła masztu przemiennika telefonii komórkowej w Zdyni. Płonęło całe niebo, a czerwony śnieg wokół skrzył się na polach. Ugościł nas skromny hotelik, wieczór minął na rozmowach i wygłupach zgranej paczki obsługujących rajd. Już któryś z kolei rok wspólnie pomagamy w organizacji imprezy. Znamy się dobrze, ciągle wsysamy do naszego grona nowe twarze, integrujemy się. Potrafimy sprawnie i precyzyjnie działać, każdy zna swoje miejsce i zadania.
W tym roku natura testowała naszą wytrzymałość przenikliwym wiatrem, zaspami śniegu i śliską nawierzchnią dróg dojazdowych. Pracy było sporo, otaśmować odcinki, ustawić START, PKC, przygotować przegrupowanie. W międzyczasie zadania dodatkowe w postaci wykopywania aut z zaspy czy wyciągania z rowów. Kirył, by pokazać na co go stać jako pierwszy położył się do rowu. Leżał tak w całej swej bezradności żałośnie majtając wszystkimi 4 kołami i liną wyciągarki, której nie było do czego przyczepić… Na szczęście traktor, który pojawił się „z nikąd” załatwił sprawę szybko i precyzyjnie. Zawstydzony jeepek miał szansę na rehabilitację już następnego dnia. Nawyciągał się aut, oj, nawyciągał, trup bowiem słał się gęsto… Wygrał 5:1.
Ponieważ pogoda nie potrafiła nas zniszczyć wiatrem, w sobotę zmieniła broń. Tym razem zaatakowała deszczem, któremu bardzo się nie spieszyło, padał więc sobie prawie cały dzień... A my, przemoczeni staliśmy na swych odcinkach. Narzekać nie możemy, nasza miejscówka w Banicy pod Lackową okazała się przyjemna i szczęśliwa. Poznany młody fan rajdów - Piotruś skombinował nam ognisko. Jego mama przynosiła nam suche, bukowe bierwiona, które paliły się doskonale. Mogliśmy ogrzać nieco nasze zziębnięte i przemoczone członki… Kibiców mało, dojście od zamkniętej przez organizatora drogi dłuuuugie, tak więc mieliśmy okazję spotkać tylko prawdziwych fanów, którym owe 4 km dojścia nie były straszne… Piotrek, który chodzi do „czarnego kościoła” a w tym roku będzie miał komunię, zaznajomił nas z historią i dniem dzisiejszym wsi. Wiemy, kto ma najlepszy traktor, gdzie organizuje się wesela i kto „zamknął rok” rodząc ostatniego dzidziusia w roku 2007 w Banicy. Tym grudniowym zamykającym była oczywiście „nowa” siostrzyczka Piotrka. Piotra pociągają sporty ekstremalne, rajdówki, albo np. ujeżdżanie byków. O ile z rajdówkami jest pewien kłopot, to z bykami już nie, gdyż kilka sztuk stoi „u wuja”. Bystry, dzielny chłopak!
Żal nam było opuszczać Banicę i miłych jej mieszkańców. Przejechała jednak już „szachownica”, odcinek został zamknięty, pora pozbierać taśmy i oczyścić odcinek. Chcemy czerwone kilometry taśm wyrzucić do przygotowanego kontenera. Jesteśmy wstrzymani przez jednego z mieszkańców, taśmy takie przecież świetnie odstraszają wilki. Przydadzą się, szkoda wyrzucać. Przekazujemy całe ich zwoje - niech służą - a sami udajemy się do naszej bazy, gdzie „integracji nie ma końca”…
Dziękuję Wam wszystkim za niezapomniany, odstresowujący weekend! |
|
Komentarzy:
0
|
|
Rozpoczynamy sezon!
26 styczeń 2008
|

IV Rajd Magurski rusza za kilka dni. Trwają ostatnie przygotowania organizatorów. W tym roku naszą bazą jest Zdynia, podobnie jak 2 lata temu, podczas 2 Rajdu Magurskiego. „Opiekujemy się” dwoma odcinkami specjalnymi „Łemkowską Watrą” i „Lackową”. Skład Przegrupowania znany, jak zwykle nasze dziewczyny zrobią to z wdziękiem. Obsada Startu, PKC-ów, zabezpieczenia dobrana odpowiednio, grupy znają swoje zadania.
Wszyscy czekają na śnieg. A ten w dodatnich temperaturach topnieje w oczach. Ale jak mawiają beskidzcy górale: wystarczy jeden wieczór ze śnieżycą i będzie śniegu po kolana. Chciałbym być mile zaskoczony, jak w zeszłym roku. Cała trasa z Rzeszowa do Gorlic po czarnym asfalcie, a aby dotrzeć ze Zdyni do bazy w Radocynie należało ubrać autka w gustowne łańcuchy. Śniegu było mnóstwo.
Cóż, pozostaje nam nadzieja… Pakuję do bagażnika łańcuchy i liny. Strzeżonego…
I runda RSMP w 2008 r. zgromadzi na stracie śmietankę zawodników. Pojedzie Kuzaj, Kuchar, Frycz, Bębenki, Sołowow, Czopik, Lubiak i młody Kościuszko. My kibicujemy jak zwykle „naszym” załogom. Grzesiek Grzyb wraz z Joasią Madej pojedzie na fiacie abarth grande punto w S2000, zaś załoga z naszego Automobilklubu Janek Chmielewski którego poprowadzi Irek Pleskot wystartuje citroenem C2. Lista zgłoszeń obejmuje 46 załóg w RSMP i dodatkowo 34 załogi startujące w pucharze PZM. Ceremonia startu rozpoczyna się na rynku w Gorlicach 1 lutego o godzinie 13:00
Nie mogę się doczekać czwartkowego wyjazdu. To będzie weekend!
|
|
Komentarzy:
4
|
|
Stary jak fiat 125 p.
23 styczeń 2008
|
To już dziś...
Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień,
już bliżej jest niż dalej, o tym wiesz.
Czterdzieści lat minęło odeszło w cień
i nigdy już nie wróci, rób co chcesz.
A świat w krąg roztacza uroki swe i prosi żeby brać.
Na karuzeli życia pokręcisz się,
byleby tylko nie za wcześnie spaść.
I chociaż czas pogania, śmiej się z tego drania,
Ciebie na wiele jeszcze stać
Bo tak mówiąc szczerze, w życiu jak w pokerze
jest zasada: " karta - stół " więc nie wbijaj w głowę,
żeś przeżył połowę, ale że dopiero pół.
Czterdzieści lat minęło to piękny wiek,
czterdzieści lat i nawet jeden dzień.
Na drugie tyle teraz przygotuj się,
a może i na trzecie, któż to wie ?
Bo świat tak ci podsuwa uroki swe, że pełną garścią brać.
Na karuzeli życia pokręcisz się,
bylebyś tylko nie za wcześnie spadł.
A gdy cię czas pogania, przodem puszczaj drania
bo masz czterdzieści nowych, bo masz 40 nowych,
bo masz 40 nowych lat.
Jan Tadeusz Stanisławski

Po jednej na każdą dekadę...

40 lat temu rozpoczął swe życie w Polsce Fiat 125p. "Duży Fiat", "kanciak" lub "kredens" po raz pierwszy zjechał z taśmy pod koniec listopada 1967 r. Niecałe 2 miesiące później zjechałem ja.
Fiacior był pierwszą licencją zachodnią w polskim przemyśle motoryzacyjnym, trwającą nieprzerwanie do 1991 roku. 125p był samochodem bardzo nowoczesnym jak na koniec lat 60-tych i początek 70-tych, zdecydowanie przewyższał rozwiązaniami technicznymi Syrenę czy Warszawę. Samochód był hybrydą dwóch samochodów włoskich: nowego Fiata 125, którego produkcję rozpoczęto parę miesięcy wcześniej we Włoszech i starego 1300, którego produkcja właśnie zamierała.
A tu proszę: życie po życiu…
Licencja kosztowała prawie 40 (znowu ta liczba!?) mln dolarów. W 1968 r., w pierwszym pełnym roku produkcji, kiedy ja sączyłem mleko z butli, na Żeraniu wyprodukowano 7101 sztuk, podwajając tę wartość z każdym następnym rokiem.
Miarą rozwoju stał się udział autka w sporcie. I to wielkim! W 1971 roku powołano przy FSO Ośrodek Sportu Samochodowego a za niecały rok zespół fabryczny FSO wziął udział w Rajdzie Monte Carlo na Fiacie 125 p. Dla potrzeb sportu powstały dwie wersje specjalne wyposażone w silniki z modelu 132. Wersja Monte Carlo wyposażona była w silnik 1598 cm3 o mocy 98 KM, druga zaś Akropolis w silnik 1756 cm3 i mocy 105 KM. Produkowano je tylko w limitowanych seriach...
Po roku 1983 „nasze” fiaty, ze względu na ogólnokrajowy kryzys były wykonywane z coraz mniejszą jakością i dokładnością. Klienci zaczęli się skarżyć, eksport upadł a Fiat wręcz cofnął licencję, nie chcąc dłużej „świecić oczami” za logo „Fiat” na przednim grillu samochodu. Wyszukane logo fiata zastąpiono znakiem FSO, zaprzestano używać nazwy "Polski Fiat", zmieniono ją na „FSO 1500”. Ale i tak sympatycy marki mówili dalej o „dużym fiacie”.
Kanciasty szerszeń rozpędzał się do prędkości maksymalnej 155 km/h, przyspieszał do setki w ok. 14 sekund, żłopał ok. 10 l paliwa na 100 km.
Nigdy nie dane mi było posiadać taki wóz, ale kurs prawa jazdy ukończyłem na białym fiaciorze należącym do LOK-u...
I proszę, teraz prawie wspólnie obchodzimy rocznicę… Starzejemy się godnie. Nabieramy nowych, ciekawych cech, stajemy się coraz bardziej interesujący, pożądani, kochają nas!
P.S. Mężczyźni po przekroczeniu magicznej daty mogą cierpieć na bezsenność, zmęczenie, depresje, napady doskonałych pomysłów, żywiołowość, konieczność udowodnienia sobie i innym swej olbrzymiej wartości, mogą wydawać się zagubieni, nieomylni, doskonali oraz popadać będą w radykalne stany umysłu, czasem graniczące z irracjonalnymi. Należy mieć nas na oku, abyśmy nie zrobili dużego głupstwa, bowiem…. mamy doświadczenie 40 latka i energię dwóch 20 latków!
I tego się trzymajmy!
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Ech...
20 styczeń 2008
|

... |
|
Komentarzy:
2
|
|
Rozważania świra...
14 styczeń 2008
|


W górę i w dół... Ostatnio coraz większy dół... Początek roku, a tu wszystko sprzysięgło się przeciwko. Nic nie chce się układać. Załamka. Wszystko drażni, denerwuje i wkurza! Niefrasobliwość, olewactwo, brak punktualności, niedouczeni pseudoprofesjonaliści...
Robotnicy-fachowcy, zdziercy wykorzystujący sytuację. Normalnie DZIEŃ ŚWIRA! Myślę, że mnie też dopadło. Nie mieszam co prawda 7 razy w lewo i 7 razy w prawo stukając łyżeczką o kubek z herbatą. Ale mam inne nerwice natręctw, obsesyjno-kompulsywne zachowania, fobie. Np. nie znoszę pani z poczty. Jednej. Fobicznie wręcz, niedługo zacznie śnić mi się w sennych koszmarach... "Ta paczka nie jest przewiązana sznurkiem, a tak trzeba!". Rolka taśmy na paczce jest, nie rozerwie granatem, po co sznurek?
Wygarnąłem recepcjonistce w przychodni i wykrzyczałem jej w nos, że "wyniki moich badań są moje!" Chyba jestem dziwny, pewnie chory, bo "nie muszę mieć wglądu w wyniki, wystarczy, że udam się do lekarza i on mi powie, czy jestem zdrowy".
3/4 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej. "Dział techniczno-konstrukcyjny jest przecież zadowolony ze swoich zarobków, w końcu żyjemy na Podkarpaciu, proszę Państwa". O w mordę! I mówi to ten, co bierze 4 razy tyle co ja... Na godne życie wystarcza, ale może by tak przestać wreszcie kombinować i zżerać oszczędności... Psia krew!
Gaz znowu poszedł w górę, przykręcamy głowice z 4 na 3,5. Można się przyzwyczaić. W końcu co za różnica 19 C czy 18,5 C?
I tak jak Świr - liceum, studia, obrona pracy, języki, kursy, szkolenia, bystrość, zaangażowanie i jak w pysk! Wypłatą. Jak szmatą przez łeb... Przekwalifikować się na walec drogowy, koparkę lub wibrator, albo od razu na zmywak do Irlandii. Ile problemów by to rozwiązało... A gó...o! Właśnie że nie pojadę, mam swoją godność i tu padnę...
Ostatnio użycie słów uznanych społecznie za wulgarne przyjęło u mnie poziomy nie notowane dotychczas. Jak wskaźnik, współczynnik upodlenia, papierek lakmusowy bezsilności...
Czy to ma jeszcze jakiś sens? Do wczoraj walczyłem sam z sobą. Koniec bloga, koniec tego pieprzenia, mam to gdzieś... Nie piszę. Zostawiam. Rezygnuję.
Wczoraj, mam nadzieję, odnalazłem "turning point". Małe światełko do nieba przerodziło się w wielką feerię barw. Sztuczne ognie, głośna muzyka, uśmiechy ludzi, może tylko chwilowa wzajemna życzliwość i radość? A może nie... I ten rytm... Pobudzający, energiczny. Mówiący wstań, weź się za siebie, bo sam wykuwasz sobie ten świat. Podładowałem akumulatory. Mam super rodzinkę, hobby, robotę, no, czasu nie mam, ale tak to bywa. Nie można mieć wszystkiego :-)
I tyle rzeczy cieszy. Kirył zdobywa grosze dla dzieci na aukcjach WOŚP, a właściwie to całe setki złotych! Szykuje się majowa wyprawa eksploracyjna do Albani, a już niebawem zimowy Rajd Magurski. W moim ukochanym terenie - Beskidzie Niskim. Dzieciaczki mają ferie, żonka też, jak miło wracać do domu...
P.S. Przeczesałem pół internetu w poszukiwaniu utworu, który wleciał mi w duszę na XVI Finale WOŚP na rzeszowskim rynku. I znalazłem. Posłuchaj i naładuj się energią i Ty!
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Spokojnych, Zdrowych, spędzonych w rodzinnej atmosferze Świąt!
22 grudzień 2007
|
Już niedługo Święta, dużymi krokami zbliża się i Nowy Rok. Życzę wszystkiego co dobre, chwil roziskrzonych kolędą, ogniem i ciepłem kominka. Oby rozplątało się Wam wszystko, co było zagmatwane: konflikty, pretensje, żale i uprzedzenia. Życzę nadziei, zadumy nad płomieniem świecy, własnego skrawka nieba, filiżanki dobrej, pachnącej kawy, nut muzyki, pogodnego zimowego odpoczynku, zwolnienia oddechu, nabrania dystansu do tego co wokół, permanentnego towarzystwa uśmiechu, wspomnień miłych chwil i marzeń na przyszłe dni. Wszystkim Wesołych Świąt! Aby przy świątecznym stole nie zabrakło światła i ciepła rodzinnej atmosfery, a Nowy Rok niósł ze sobą szczęście i pomyślność...
Toast wznoszę grzańcem pachnącym goździkami, korzeniami wszelkiej maści i dymem ogniska...
Pomyślności!
|
|
Komentarzy:
6
|
|
Durne komputery...
18 grudzień 2007
|
Wszystko było cacy, działało jak należy, aż tu nagle... dało po oczach kłamstwem. Szydera straszna... No jak można?
System zna datę mojego urodzenia, żadna tajemnica, wielkie mecyje. Jak mawiają matematycy, "po prostych obliczeniach" algorytm wygenerował dwucyfrową liczbę lat mych minionych. I wszystko było jasne. Do przedwczoraj!
Bowiem wczoraj, w późnych godzinach nocnych, ten parszywiec, zdurniały piętnem swojego autora program liczący oznajmił wszem i wobec w moim profilu, że "40 lat minęło..." użytkownikowi. No ja przepraszam, komu? Na pewno nie mnie! Ja mam still 39 i pozostanie tak przez kolejne kilkadziesiąt dni! I won ode mnie! Nie pozwolę. Młodość swą drugą zacznę wtedy, kiedy zacznę, a nie ponad miesiąc wcześniej!
Pozdrawim wszystkich zimowych wodników. Wodniki trzymajmy się! Nadchodzi nasz czas. Będzie gorąco! :-)
Pozdrawiam, piękny 39 letni :-) |
|
Komentarzy:
6
|
|
NOC STOP
06 grudzień 2007
|
NOC STOP - akcja nie nowa, lecz obserwuję jej mocny rozkwit w naszym mieście. Akcję wymyślili policjanci, którzy nie mogą sobie poradzić z odszukiwaniem skradzionych samochodów. Kradzieże przeważnie zdarzają się nocą, między godzinami 1 a 4.
O ile jesteś przekonany, że twój samochód w nocnych godzinach nie będzie jeździł, bo ty śpisz, a on odpoczywa zamknięty w garażu, to możesz zdecydować się na wzięcie udziału w akcji. Naklejasz specjalną naklejkę na samochód, która w światłach mocno "daje po oczach". Gdy auto znajdzie się na ulicy w dziwnej, nocnej porze policja jest w stanie zauważyć z daleka fosforyzującą naklejkę i zweryfikować kierującego poprzez zatrzymanie. O ile będzie to prawowity właściciel, to po sprawdzeniu dokumentów jedzie dalej... do następnego czujnego patrolu.
Pytanie, czy złodzieje nie wymyślą sposobu na sposób. Zerwać naklejkę? Po pierwsze dość trudno, po drugie wymaga czasu. Więc może warto zainteresować się sąsiednim wozem? Zakleić inną naklejką? Zapewne można... Ale trzeba ją kupić, przygotować, mieć ze sobą...
Więc może więcej zalet niż wad? Ja się nie oklejam... zdarza mi się włóczyć autem po nocach, a kontroli, nawet w dobej sprawie, wolałbym uniknąć ;-) |
|
Komentarzy:
0
|
|
A jak Twoje gumki?
29 listopad 2007
|
Pewne zacne towarzystwo ubezpieczeniowe rozpoczęło wypłacanie odszkodowania należącego się ubezpieczonym pomniejszone o dość spory procent, gdy tylko potrafią udowodnić, że delikwent poruszał się samochodem nie wyposażonym w opony zimowe. A zima jest, i ślisko bywa...
Wszystko ładnie i pięknie, ale nie ma u nas w kraju prawa nakazującego kierowcom zmianę opon z letnich na zimowe, gdy nadchodzi "ten" czas. Zatem wymysły analityków ubezpieczeniowych są bezprawne. Takie twierdzenie nie może być przyczynkiem do ucinania części odszkodowania. Rozumieją to nie tylko prawnicy ale także i ci, którzy potrafią myśleć.
Towarzystwo liczy zapewne na to, że nie wszyscy udadzą się do sądu złożyć odpowiednie pozwy. Bo to, że skarżący sprawę wygrają jest pewne. To "oczywista oczywistość" - że zacytuję klasyka precyzyjnego wartościowania polskiej rzeczywistości.
Cóż więc my możemy zrobić? Po pierwsze zimowe gumy na koła. Bo warto! Po drugie - głosujcie nogami! Nie wiecie jak? Przechodząc do innego Towarzystwa, przez duże T. Tylko, czy jest takie? |
|
Komentarzy:
2
|
|
In case of emergency…
27 listopad 2007
|
Miałeś wypadek, być może jesteś nieprzytomny… Wezwano pomoc, na miejsce zdarzenia dotarli już strażacy, ratownicy medyczni, policjanci, może nawet lekarz. Wszyscy, którzy interweniują na miejscu wypadków napotykają jednak na trudności, kiedy muszą skontaktować się z najbliższymi osób poszkodowanych. Być może będą oni w stanie przekazać jakąś istotną informację na temat poszkodowanego, na jakie leki jest uczulony, czy może jest w trakcie kuracji, jakie leki przyjmuje lub czy jest diabetykiem bądź cierpi na jakąś istotną chorobę. Kontakt taki mógłby przyspieszyć uzyskanie informacji jaką grupę krwi posiada poszkodowany lub czy jest alergikiem. Krew i tak zostanie zbadana i określona zostanie jej grupa, ale jest szansa na wcześniejsze przygotowanie określonej grupy krwi w szpitalu.
W XXI wieku znakomita większość z nas ma przy sobie telefon komórkowy. Stąd urodził się pomysł, by wprowadzić do swej komórki numer, pod którym będzie można skontaktować się w nagłym wypadku z bliskimi. Ratownicy proponują, by każdy w swoim telefonie umieścił na liście kontaktów osobę, z którą trzeba się skontaktować w razie nieszczęśliwego zdarzenia. Lista kontaktów często jest długa, zawiera szereg nazwisk i nie bardzo wiadomo kogo w pierwszej kolejności powinno się powiadomić.
Służby medyczne doradzają, by oprócz kontaktów z nazwiskami powtórzyć wpisy z określeniami „mąż”, „żona”, „mama”. Dodatkowo można zapisać „krew”, „cukrzyca!” itp. Wpisy takie jednak mogą zawieść w przypadku, gdy znajdziemy się poza granicami naszego kraju. Próbuje się zatem w porozumieniu z międzynarodowymi organizacjami promować zapis „ICE”. In case of emergency - w nagłym wypadku. Ten międzynarodowy skrót uprościłby pracę wszystkim służbom ratowniczym. Gdyby ktoś chciał umieścić więcej osób w swoim telefonie, to mógłby oznaczyć je jako: ICE1, ICE2, ICE3, itd.
Pomysł jest łatwy w realizacji, nic nie kosztuje - a może być bardzo użyteczny. Wymaga jedynie szerokiej promocji. Powiedz o tym znajomym!

|
|
Komentarzy:
1
|
|
Po pucharku...
25 listopad 2007
|
Wstajemy o 5:00. Jest ciemno, kanapki nie chcą przejść przez gardło, wypijamy gorącą kawę i siadam za stery focusa. Przed 11:00 musimy być w Warszawie, w nowej siedzibie PZM, na Górczewskiej. Dzisiaj Zakończenie Sezonu '2007. Na rozdanie pucharów i udekorowanie szarfami zjadą zwycięzcy Turystycznych Motorowych Mistrzostw Polski, Nawigacyjnych Mistrzostw, Mistrzostw Polski w Jeździe Samochodem z Przyczepą, zwycięzcy Ogólnopolskiego Konkursu Carawaningowego i Turystyczno-Nawigacyjnych Mistrzostw Polski Osób Niepełnosprawnych. Droga mija nam szybko, Warszawa o dziwo pusta, meldujemy się dużo przed czasem. Spotykamy znajomych, wracają wspomnienia z rajdowych tras. Snujemy plany na następny rok. Po krótkim wstępie uroczystość dekorowania. Otrzymujemy, jak policzyliśmy, 12 i 13 szarfę mistrzowską w naszej karierze, pucharów nie zliczymy... :-) Gratulujemy wszystkim Zwycięzcom.
 |
|
Komentarzy:
1
|
|
Odśnieżanie przez ugniatanie...
20 listopad 2007
|
Ładnie chodnik odśnieżony, szare płytki trotuaru kontrastują z bielą śniegu. Na granicy ulicy, wzdłuż krawężnika usypany śniegowy wał. Sielanka. I nagle przyjeżdża on, rozbłyskany pomarańczowo, warczący i szurający. Zawsze jest nie w porę. Nie może przyjechać tuż po tym, jak śnieg przestanie padać, ma wtedy inne zajęcia. Na drogach krajowych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych. Nasza osiedlowa uliczka musi poczekać. I czeka aż mieszkańcy odśnieżą chodniki i swoje podjazdy, aż samochody ubiją lub rozniosą w pył śnieg z jezdni. Przyjeżdża on, walczyć z …wałem. Cóż innego mu pozostało. Jadąc tuż przy krawędzi jezdni przerzuca całe tony zamarzniętego już śniegu na czarny chodnik. Ma zrobić robotę , wiec robi. Pojawia się znienacka i szybko znika, by nikt nie mógł mu nawet pogrozić pięścią lub zmierzyć spojrzeniem wiele mówiącym. Pług lemieszowy…
W związku z walką z wałem zastosowałem prewencję. Pług mnie już nie zaskoczy. Po odśnieżeniu chodnika odśnieżam styk jezdni z nim metodą zwaną wygniataniem dynamicznym. Sam ją wymyśliłem. Bierze się Kiryła i dostojnie wykonuje się tzw. jazdy wzdłużne po wale. 5 do przodu, tyleż w tył. Po dwóch minutach wał posiada znamiona wypłaszczenia śniegowego o wysokości dochodzącej w ekstremach do 2 cm. Tak sprasowany śnieg ma tendencję do szybkiego zamieniania się w lód. A co mi tam, niech sobie leży na marginesie. Zima jest, nie? To musi być lód. Niech sobie tam leży, nawet do wiosny… Są jednak działania uboczne. Jazda Kiryłem cholernie wciąga i odśnieżanie może zakończyć się przejażdżką.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Ach, co to byla za zupa...
19 listopad 2007
|
Stało się, poszedłem w eksperymenty. Zainspirowany opisami niebiańskiego smaku zupy pomidorowej z jabłkami i czosnkiem Licencji zaordynowałem na obiad takie właśnie zupiszcze. A jaki dzień był godzien dostapić tego zaszczytu? Oczywiście niedziela.
Wyruszyliśmy z młodym na objazd okolicznych tras pod kątem ich wykorzystania na zbliżającym się samochodowym rajdzie turystyczno-nawigacyjnym. Wkoło śnieg, zamarznięty, nawet boczne szutrówki okazywały się gładkimi jak stół trasami. Doświadczenie podpowiadało jednak, że w połowie grudnia na śnieg nie można liczyć na 100 %. Różnie bywa, a temperatura powyżej 0 może zmienić kategorię tych dróżek w nieprzejezdne bagna. Wzięliśmy to pod uwagę, choć z jednej za żadne skarby nie zrezygnujemy. W końcu to rajd! A zmotoryzowani turyści nie takie przeszkody są w stanie pokonać...
My tu szkicujemy itinerer w terenie, a w ciepłym domu nasze kobietki szykują obiad. Zupa dnia! Pomidorowa normalna, do której dokłada się jabłka skrojone w długie, cienkie paseczki. Do tego czosnek, koniecznie w dużych ilościach, krojony w plasterki. Tyle przepis. Zmarzliśmy nieco włócząc się od kapliczki do kapliczki, od tablicy do pomnika, od lasu do pałacu. Pora byla wracać. Krótki telefon:
- "Halo baza, halo baza, tu obóz 10, wracamy na zupę". - "Tu baza, czekamy".
Jak tu opisywać te doznania kulinarne, kiedy kubki smakowe pieszczone taką gorącą zupą współgrały z receptorami węchowymi łapczywie analizującymi aromat potrawy. Co będę pisać, sami spróbujcie! Dla mnie 10/10. |
|
Komentarzy:
1
|
|
Śnieg - dobra rzecz...
16 listopad 2007
|
Pada całą noc, rano na aucie wielka czapa śniegu. Zmiatam biały puch przygotowaną szczoteczką. Mrozu nie ma, szyby nie zamarznięte. Jedziemy. Jedzie się miodzio. Ulice pustawe, 1/3 nie wyprowadziła swych pieścidełek z garażu, bo by je śnieżek zasypał, 1/5 się boi zimowej, śliskiej dorgi, 1/4 populacji właścicieli autek te odmówiły posłuszeństwa - nie zapaliły. Wreszcie nie ma korków, jedzie się komfortowo. Czasem tylko drogę zatarasuje jakiś spanikowany powożący. 20 km/h to bezpiecznie... Hmmm. Uważać tylko na tych, kórzy na uniwersalnych oponkach pomykają a potem "panie, jak pooooooszło, nie dało rady zareagować". Zima drogowów nie zaskoczyła, przynajmniej u nas, uwijają się chłopaki jak mogą. A z nieba wciąż leci to białe... Trochę mrozu, please. Tak ze 2-3 stopnie, by nie było chlapy. Tego dziś chcę.
A jutro weekend. Przygotowania rajdu idą pełną parą. Jutro wyjeżdżamy w teren, poszukamy, czym zaskoczyć załogi... |
|
Komentarzy:
0
|
|
Kiryle, co ci?
13 listopad 2007
|
Pierwszy śnieg za oknem, mokro, szaro i buro. Spoglądam na zaparkowanego pod balkonem Kiryła. Stoi w białej czapie śniegu. Pamiętam, obiecałem mu dolewkę paliwka, więc może dziś? Sprawdzimy jak zachowuje się na śliskiej, pokrytej błotem pośniegowym jezdni. Micha mi się cieszy, biorę ulubiony krążek Garego Moora "Wild Frontier". Będzie jazda! Siadam za kierownicą, hmmm, ktoś tu się bawił... Siedzenie inaczej ustawione. Naciskam tajemniczy guziczek, elektrycznie sterowane siedzisko jedzie posłusznie w tył, teraz trochę w górę i będzie ok. Naciskam i nic. Zero reakcji, słychać tylko stukanie jakiegoś przekaźnika. Zepsuło się? Ajaj... Wrzucam CD do paszczy odtwarzacza, niemrawo połyka, co jest? Nie chce grać.
Nic nie widzę, ciemno jakoś. Chcę zapalić lampkę oświetlenia wnętrza, pstrykam klosz i... stwierdzam, że był już włączony a lampa się nie pali. Włączam światła drogowe i wszystko zaczynam rozumieć... To auto nie żyje, uciekła mu energia. Akumulator totalnie wyczerpany. Stąd wszystkie urządzenia odmówiły pracy. Przypominam sobie ostatnią imprezę, no tak! Takich dwóch poszło zaprzyjaźniać się z Kiryłem. Posiedzieli w środku, popstrykali tu i ówdzie, potestowali i wrócili na grzane wino do altanki. A tam, pod balkonem jeepek wyświecał swoją lampkę. Dobrze, że nie zdechł na tyle, że elektronika nie potraktowała sygnału spadku napięcia jako alarm "ktoś ukradł akumulator" i nie rozwyła się swoimi 110 decybelami.
Lubię bardzo tych testerów. Fajne chłopaki są. Więc wybaczam. Możecie mnie na piwo zaprosić... |
|
Komentarzy:
4
|
|
Czy potrafisz pomóc ... sobie?
13 listopad 2007
|
„Jest godzina 18:00. Po wyczerpującym dniu pracy i nie mniej meczących zakupach wracasz wreszcie do domu. W głowie plączą się myśli, co jeszcze musisz załatwić, gdzie pojechać, co przywieść, co przygotować na jutro. Jesteś zmęczony, marzysz o łyku herbaty, byle być już w domu. Pierwszy śnieg rozmazuje się smugami na szybie. Stojące przed tobą auto wali ci w mózg zapalonymi „stopami”. Szyby parują, do tego jeszcze tak długo pali się to czerwone! Szkoda czasu! Jechać, jechać… Z zamyślenia wyrywa cię trąbnięcie z tyłu. „A ten czego się rzuca? Sekundy nie poczeka.” – denerwujesz się coraz bardziej. Przecież… Cholera! Ależ ślisko, mogłem zmienić te opony na zimówki wcześniej, no pięknie bym mu zajechał… Z kufra jesień średniowiecza. Ale mam refleks i to się liczy. Byle do chałupy. Ałłłłł, co to? Co tak boli? Nie mogę oddychać…
Odczuwasz silny ból w klatce piersiowej, zaczyna on promieniować w kierunku ramienia i w górę, w kierunku szczęki. Zaczyna do ciebie dochodzić, że dzieje się coś złego. Już nie dom jest twoim celem, kilka kilometrów dzieli cię od najbliższego szpitala. Musisz tam! Ale czy dojedziesz? Co robić?
Szkoliłeś się na kursach pierwszej pomocy przedmedycznej, wiesz jak udzielać pomocy innym, wiesz co to znaczy zawał serca. Ale jak pomóc sobie? JAK PRZEŻYĆ ATAK SERCA KIEDY JESTEŚ SAM? Wielu ludzi w trakcie dokonywania się u nich zawału serca zdanych jest tylko na siebie, bez pomocy, z dala od innych. Zaczynasz odczuwać omdlenie, mocno się pocisz, zaczynasz wpadać w panikę, wiesz czym to się może skończyć… To trwa ułamek sekundy, zanim sobie zdasz sprawę, ale nie panikuj, spróbuj sobie pomóc. Masz na to tylko 10 sekund. Zacznij działać natychmiast, za chwilę być może stracisz przytomność. Zacznij KASZLEĆ bardzo intensywnie, powtarzaj tę czynność. Przed każdym kaszlnięciem postaraj się zrobić głęboki wdech. ODDYCHAJ GŁĘBOKO! Kaszel musi być bardzo głęboki i przedłużony, tak by ewakuowana została cała plwocina zalegająca głęboko wewnątrz klatki piersiowej. Oddech i kaszel powtarzaj co 2 sekundy, bez przerwy, aż do chwili przybycia pomocy lub do chwili, gdy poczujesz, że serce bije normalnie. Głęboki oddech doprowadza tlen do płuc, a ruch związany z kaszlem uciska serce i utrzymuje krążenie krwi. Ciśnienie wywołane uciskiem na serce podczas kaszlu pomaga również uzyskać prawidłowy rytm serca. W ten sposób ofiary ataku serca mogą dotrzeć do szpitala.
Artykuł opublikowany pod nr 240 w Journal of General Hospital Rochester.”
Podobną prezentację w Power Pointcie jak tekst powyżej, otrzymałem niedawno. Wydawałoby się, że należałoby się cieszyć, że ktoś zadbał i o moją wiedzę i przesłał radę, która może się przydać… Cóż. Jednak nie. Tekst ten krąży w internecie od około 1999 roku i jest tłumaczeniem z języka angielskiego. Rok wcześniej w Wiadomościach Lekarskich, w numerze 7-8, w dziale „Prace oryginalne” zamieszczono artykuł autorstwa Tadeusz Petelenza, Janusz Iwińskiego, Jacka Chlebowczyka i kilku innych lekarzy pt: „Samoistna kaszlowa sercowo-płucna resuscytacja (c-CPR) u pacjentów zagrożonych napadami MAS (Morgani-Adams-Stokesa) pochodzenia sercowego”. Praca ta, wg autorów, została wydrukowana w języku angielskim ze względu na duże jej znaczenie praktyczne dla ludzi na całym świecie. Opisany eksperyment dowodził, że metoda kaszlowej sercowo-płucnej resuscytacji będzie skuteczna w zapobieganiu utraty przytomności i pozwoli na przywrócenie rytmu serca do momentu nadejścia pomocy medycznej. O pracach polskich lekarzy dowiedział się świat. Metoda była głośno dyskutowana. Uznano ją za „ciekawą”, lecz odnoszono się do niej z rezerwą, doszukując się w niej pewnych niejasności i nawet braków. Lekarze uznali, że metoda może być skuteczna jedynie wtedy, gdy pacjent jest monitorowany w szpitalu podczas ataku serca. Wykorzystanie jej samodzielnie przez osobę z atakiem serca jest praktycznie awykonalne.
Co zatem z nami, pozostawionymi samym sobie, np. w samochodzie? Właściwie jedyną skuteczną metodą na wznowienie akcji serca jest udar elektryczny, zwany defibrylacją. Metoda ratunkowa musi zatem polegać na utrzymaniu funkcji życiowych pacjenta przez czas potrzebny do pojawienia się służb medycznych z defibrylatorem. Sami tego zrobić nie możemy. Zatem prowadząc auto, gdy poczujemy pierwsze niepokojące objawy, starajmy się zatrzymać pojazd i niezwłocznie poprosić o pomoc. Telefon komórkowy może uratować nam życie.
Pozostaje jeszcze jedno, w mailu autor odwołuje się do artykułu nr 240 opublikowanego w biuletynie Hospital General Rochester. Sam szpital, na swej witrynie WWW dementuje ten zapis, stwierdzając, że nigdy metody tej nie popierał i nie jest autorem informacji, a artykuł nr 240 nie istnieje...
Nie czerpmy wiedzy z łańcuszków mailowych, zwłaszcza tak istotnej!
|
|
Gays strike again!
13 listopad 2007
|
Rząd Wielkiej Brytanii wprowadził projekt ustawy, która zakazuje naśmiewania się z gejów. Wg posłów ustawa ta jest konieczna, by tolerancji w Zjednoczonym Królestwie nie działa się krzywda. Czy aby na pewno? Ustawa rządowa, której nawet przyklasnęła sama Królowa ma zdelegalizować wypowiedzi, które można odczytać jako nawołujące do nienawiści wobec gejów. Za szerzenie takich wypowiedzi, za dowcipy grozi kara do siedmiu lat więzienia. Nieźle! Rząd GB pomyślał także i o innych grupach społecznych: niepełnosprawnych i transseksualistach. Te grupy mają dołączyć, gdy kolejny upgrade ustawy pojawi się w Izbach. Koniec z dowcipami. Chcieli dobrze? Nie wyszło? Na tym polega tolerancja? Na promocji? Szkoda, że rząd nie zajął się innymi osobnikami: puszystymi, z dużymi uszami, niewiernymi, Żydami, skąpymi Szkotami, o babie, co to chodzi do lekarza nie wspomnę. Uważam, że ma takie same prawa jak społeczność gejowska. Dlaczego powala się z niej śmiać? O ile w ogóle na Wyspach taka old women czy inny beldam przychodzi do swojego doctor na Harley Street. Blady strach padł na aktywistów angielskiego, specyficznego humoru. Branża komików czeka na uderzenie. Sam Jaś Fasola twierdzi, że „ustawa może ograniczyć wolność i twórczą ekspresję twórców dowcipów”.
Kiedy u nas?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ford Karton :-)
07 listopad 2007
|
He, he, dzisiaj mija 50 rocznica urodzin tego kultowego już autka. Pojawiło się 7 listopada 1957 r. Dzień ten wybrany został specjalnie, miał uczcić 40 rocznicę wybuchu rewolucji październikowej (czemu nie listopadowej, to ci bardziej rozumni zapewne wiedzą). Socjalistyczny przemysł też potrafi! Najpierw pojedyncze egzemplarze modelu P 50, a znacznie już później ulice zalały przeważnie białe lub szarawe, koloru papieru toaletowego, autka typu P 601. Większość z nich miała naklejone z tyłu dumne naklejki DDR. Nazywany „zemstą Honeckera”, „mydelniczką”, „pyrkawką” i „trampkiem” był jednak szczytem pożądania, także i u nas w Polsce. Dla naszych dziadków i ojców, którzy długo wyczekiwali talonu na trabanta. Był przedmiotem drwin i anegdot, szczególnie jego poszycie, nie blaszane, a wykonane z duroplastu.
-„Tego przynajmniej rdza nie zeżre” – żartowali zazdrośnicy.
Wozidełko miało dwucylindrowy silnik, 6 voltową instalację i takiż akumulatorek, 26 KM mocy potrafiło „tekturowego szerszenia” rozpędzić do prawie 110 km/h.
W roku 1989 wyrodukowano ostatnią wersję trabanta - model 1.1. Był on wyposażony w czterosuwowy silnik od Volkswagena Polo. Złośliwcy od razu ukuli mu nazwę: "Trapolo".
Łącznie wszystkich modeli Trabanta wyprodukowano w Zwickau ponad 3 mln. Tu historia wozu nie kończy się. Pozostaje on w sercach fanów – powstają kluby miłośników trabanta, którzy zabytkowe już modele restaurują i dbają o nie. Auto staje się”cool”.
Świetną pointą jest to, że w tym roku, na targach motoryzacyjnych we Frankfurcie niemiecka firma Herpa zaprezentowała nowy model Trabanta. A więc narodził się New Trabi. Niestety, jak na razie w skali 1:10. Ale może już niedługo?
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Pić wodę? Jak zwierzęta?
05 listopad 2007
|
Zakończyły się badania hiszpańskich uczonych, którzy na studentach testowali wpływ piwa na ludzki organizm. Badaniom przewodniczył profesor M. Garzon. Jedna grupa badawcza po wyczerpujących treningach na siłowni otrzymywała do picia złocisty napój, druga grupa zaś wodę mineralną. Okazało się, co mnie zresztą wcale, a wcale nie dziwi, że osoby pijące kufelek małego jasnego były mniej odwodnione niż degustatorzy zdrowej, podobno, wody. Uczeni sformułowali zalecenia, by osoby wykonujące ciężką, fizyczną pracę czy dużo ćwiczący w siłowniach wypijali podczas ćwiczeń pół litra piwa. Kobietom wystarczy ćwiartka litra. W ten sposób łatwiej doprowadzą organizm do stanu normalności i uratują się od odwodnienia. Woda mineralna, płyny izotoniczne nie działają bowiem tak doskonale jak browarek.
Jest nas na świecie ponad 6 mln. Piwoszy, rzecz jasna. A taka masa mylić się nie może…
Choć ostatnio zastanawiam się nad przejściem na wino grzane z goździkami. Smakuje wybornie, nawet w zadymionej na maxa altance.
Na zdrowie! |
|
Komentarzy:
2
|
|
Umarł Pipek, niech żyje Kirył!
29 październik 2007
|
Pieszczotliwe nazywanie naszego terenowca Pipkiem powodowało ocenianie mnie, szczególnie w oczach płci pięknej, jako infantylnego, niestałego emocjonalnie faceta. Cóż, uznanie i podziw jest mi drogi, rozpisałem wiec rodzinny konkurs na zmianę nazwy wozu, a co za tym idzie poprawienie własnego image'u.
Do konkursu córa, synek i żonka zgłosiły kilkanaście nazw, dorzuciła się nawet babcia. W żmudnych ćwierćfinałach i półfinałach wybrano ostatecznie dwie nazwy. Zwycięzca konkursu miał obiecaną nagrodę. Można będzie poprosić mnie, czyli ojca lub męża o jedną rzecz, której nie odmówię. Miałem na myśli np. buziaka w czoło, uścisk dłoni, no, ostatecznie załadowanie naczyń do zmywarki. A tu od razu synek zapytał:
- "Tata, a do ilu złotych można?"
Dobra, życzenie może być materialne, w granicach tzw. zdrowego rozsądku.
Wybrałem finałową nazwę. To jest to! Udowodnił wczoraj w błotach, że właśnie taki jest!
Nadaję Ci imię KIRYŁ!
P.S. Żonka zażyczyła sobie zgniłozieloną kurteczkę skórzaną w komplecie z zielonymi bucikami. Podobno dotychczasowa, ponad 10-letnia uległa lekim przetarciom... Cenię zdrowy rozsądek u kobiet. |
|
Komentarzy:
5
|
|
Kurs Ratownika Drogowego
25 październik 2007
|
Ponieważ sezon mistrzowski już się zakończył, do zorganizowania pozostał w tym roku ostatni, grudniowy rajd, więc wykorzystując w miarę wolny czas, uczestniczymy w szkoleniu ratowniczym. Kurs zorganizował nasz Automobilklub dla członków, działaczy i zawodników. My z Bożką bierzemy udział w szkoleniu z pierwszej pomocy przedmedycznej kolejny już raz - trzeba zdobytą wiedzę przypominać sobie i ćwiczyć. "Przypominać" - to może niezbyt szczęśliwe słowo. Co kilka lat Polska Rada Resuscytacji publikuje najnowsze wytyczne w dziedzinie ratowania życia. Czemu zasady zmieniają się? Czy organizm człowieka nie funkcjonuje wciąż na tych samych prawach? Tak, ale wiedza o resuscytacji wciąż rozwija się, wytyczne muszą być aktualizowane by odzwierciedlać postęp w skuteczności niesienia pomocy.
Wiele osób, w tym kierowcy, w bezpośredniej konfrontacji z wypadkiem na drodze traci głowę, wpada w histerię lub paraliżuje ich strach, że "przecież nie wiedzą co robić, a mogą zaszkodzić". A wystarczy spokojnie i rozważnie wykonać kilka naprawdę prostych rzeczy. Zabezpieczyć miejsce zdarzenia, wezwać pomoc i podtrzymać działanie funkcji życiowych poszkodowanego do czasu przyjazdu lekarza. Tu liczą się wręcz sekundy. Karetka może nie zdążyć przybyć w pierwszych 4 minutach od zdarzenia. Po tym czasie poważnie ranna ofiara ma nikłe szanse na powrót do zdrowia...
Zatrzymanie swojego samochodu w bezpiecznym miejscu, ustawienie trójkąta ostrzegawczego, wyjęcie kluczyków ze stacyjki samochodu, zaciągnięcie hamulca ręcznego, by auto np. nie stoczyło się po pochyłości, to nie są trudne zadania.
Sprawdzenie tętna, oddechu, wykonanie masażu serca i sztucznego oddychania wymagają podstawowej wiedzy, ale nie są skomplikowane.
Czynności te mogą uratować komuś życie. Często uważamy, że wypadki zdarzają się tylko innym… Miraż… Gdy my będziemy potrzebować pomocy, obyśmy trafili na zaradnego ratownika.
Musimy jednak pamiętać, że priorytetem podczas podejmowania akcji ratowniczych jest nasze własne bezpieczeństwo. Nie możemy działać tak, by narażać siebie, swoich pasażerów czy innych użytkowników drogi na dodatkowe szkody czy zagrożenia. Zatrzymajmy się w bezpiecznym miejscu, ubierzmy kamizelkę odblaskową, po wyjęciu apteczki i trójkąta z auta wyłączmy silnik i zamknijmy samochód. Nie wybiegajmy gwałtownie na jezdnię! Dzwoniąc po pomoc kontrolujmy sytuację, obserwujmy otoczenie.
Oby wiedza ta nigdy nie musiała być nam potrzebna, ale zachęcam do odbycia takiego kursu. Pozwoli Wam na pewne i rozsądne działania, które mogą uratować komuś życie… Nie tylko na drodze, także w domu, szkole, pracy.
Tak wiele, za tak niewiele. |
|
Komentarzy:
1
|
|
Koniec sezonu rajdowego...
25 październik 2007
|
Zakończył się nasz cykl startów w Turystycznych Motorowych Mistrzostwach Polski. W tym roku uczestniczyliśmy w 6 z 7 imprez organizowanych przez Automobilkluby w całej Polsce. Wraz z innymi załogami odwiedziliśmy Kędzierzyn-Koźle, Jaworzno, Poznań i Wągrowiec, Toruń i Koronowo, Chełm oraz Warszawę. Najmilej wspominamy starty w Wągrowcu, Jaworznie i stolicy. Rajdy ambitne, w sympatycznej atmosferze. Po wszystkich imprezach pozostały wspomnienia, setki wykonanych zdjęć, nawiązane przyjaźnie. Po zliczeniu 5 najlepszych rund mistrzowskich uplasowaliśmy się z Bożką, z dorobkiem 486 punktów, na pozycji I Vicemistrza Polski. Niekwestionowanymi Mistrzami zostali Jacek i Darek - załoga zagłębiowsko-śląska. Po piętach deptali Magda i Michał, którzy zajęli pozycję II Vicemistrzów.
Dziękujemy wszystkim załogom za wspólne starty i życzymy sukcesów w sezonie 2008! |
|
Komentarzy:
0
|
|
Po polsku!
22 październik 2007
|
Odbieram przygotowane przez stolarza ścianki. Ładnie poprawione, czyściutkie, równe. Płacę. Uścisk dłoni. Zbieram się do wyjścia. - "To do widzenia, cieszę się, że się dogadaliśmy" - mówię. - "Do widzenia, w porządku" - odpowiada stolarz. - "OK, czyli mogę kiedyś do pana jeszcze zajrzeć z jakiemś zamówieniem?" - zalotnie pytam. - "Jasne! Tylko... pisz pan po polsku, a nie matematycznie..." |
|
Komentarzy:
1
|
|
To był dobry weekend...
22 październik 2007
|
W sobotę od rana bierzemy rodzinny udział w rajdzie turystycznym "Pogoń za Lisem '2007". Doskonale odstresowująca impreza. Nawet aura z typowo wczesnozimowej przełamuje się na późnojesienną. Pierwszy śnieg szybko topnieje, a przez chmury zaczyna świecić nieśmiałe słońce. Świetnie ułożona trasa rajdu ukazuje nam nieodkryte wcześniej ciekawe miejsca w niedalekiej okolicy naszego rodzinnego miasta. Zwiedzamy zamek w Przecławiu, chwila zastanowienia na terenie hitlerowskiego obozu w Pustkowie, liczne kościoły, pomniki. Po drodze rozwiązujemy zadania turystyczne i wykonujemy próbę sprawnosciową samochodem. Po osiągnięciu mety następna ekipa przegania nas w terenie. Polowanie na lisa wymaga bystrości, kondycji i pewnej wiedzy geograficznej. Z wiedzą jest ok, a zaróżowione policzki dzieciaków i nasze dyszenie świadczą o wysiłku na najwyższych obrotach. Nie udaje nam się lisa odnaleźć, załoga z Mysłowic składa się z lepszych "myśliwych". Spoceni, ubłoceni, ale szczęśliwi, szybko wchłaniamy obiad. Potem chwila na czyszczenie, przebranie się i szał ciał, czyli tańce, hulanki i swawole. Niektórzy na parkiecie trwają i do 5 rano.
Poranek budzi nas gęstą jak mleko mgłą. Po śniadaniu ruszamy w drogę powrotną, by zdążyć wypełnić "obywatelski obowiązek". Dziś przecież wybory.
O 22:55 podsumowanie weekendu. Witamy w V RP! A więc szansa jest. Dla Polski, dla nas. Oby nie została zaprzepaszczona... |
|
Komentarzy:
1
|
|
Cherokee zwany Pipkiem...
16 październik 2007
|
Ponieważ sporo osób pyta, jak pipek wygląda i czy czasem nie istnieje tylko wirtualnie, wrzucam małą fotkę. Jest i cieszy... :-)
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Ja. Wykształciuch...
16 październik 2007
|
Wczoraj świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Najpierw zadzwonił stolarz, że 3 ścianki do altanki są gotowe do odebrania. Czekałem, bagatela, ponad 1,5 miesiąca... Przy zamówieniu podałem stolarzowi dane ścianki: prostokąt, rama wypełniona deseczkami niczym boazerią, wymiary: 2,1 m x 2,0 m. Ustaliliśmy grubość deseczek i wysokość zapłaty. Cud, miód, malina. Pożyczyłem przyczepkę i pojechałem do fachowca. Przyczepka mała, ścianki duże, jak tu je zapakować? Damy radę, niesiemy ze stolarzem pierwszą ściankę, zaraz ją wrzucimy na przyczepkę.
- "Pan da węższą stroną w poprzek przyczepki, nie będzie tyle wystawać" - zakomenderowałem. - "E tam węższą, panie, przecie jeden centymetr nie robi różnicy" - odrzekł fachowiec.
Zamarłem, zrobiło mi się gorąco, następnie bardzo zimno. Przesłyszałem się? Jeden centymetr? Przecież różnica miała być 10! Przeraźliwie spokojnie zapytałem, czy zrobił dokładnie według mojego rysunku? Potwierdził. Tak! 2 metry i jeden centymetr, jak pan chciał. Poprosiłem o rysunek i pukając w szerszy wymiar palcem zapytałem, czy wie, ile to jest 2,1 m.
-"Tyle co pan chciał: 2 metry i jeden centymetr" - odrzekł.
Przez kolejne 10 minut próbowałem przekonać fachowca, że 2,1 m to 210 cm, a nie 201 cm. Był nieuległy. Na szczęście z pomocą przyszedł jego około 40-letni syn.
-"Ten pomoże" - pomyślałem, "Pan powie tatusiowi, ile to jest 2,1 m" - poprosiłem.
Milczał, wpatrując się to w oblicze ojca, to w moje.
-"No, ile? " - ponagliłem.
Ojciec przejął inicjatywę.
-„No patrz synek, pan napisał tu wyraźnie: 2,1 m, czyli 2 metry i 1 centymetr. Widzisz?”
- „Widzę, tatuś” - odrzekł niczym młody Kiemlicz, „Więc co pan chcesz?”.
Zdębiałem, co jak co, ale gość lojalny wobec staruszka. Nawet się nie zająknął. Po kolejnych 10 minutach zwątpiłem, już nawet próba podania dowodu na butelkach z wódką i napisie „0,5 l” nie odnosiła rezultatu. Gość nie czuł sprawy i już. A może czuł, że zawalił, jednak ciężko było mu się przyznać. Szedł w zaparte. A wzorzec metra leżał nadal niepokojony w Sevres pod Paryżem…
Nagle stał się cud. Do warsztatu weszła żona fachowca i przysłuchując się rozmowie cicho powiedziała:
- „2,1 m to przecież 210 centymetrów”.
Myślałem, że stary zadusi ją miarką i dobije ołówkiem, który zawzięcie gryzł w zębach.
- „Leć no matka, trzeba panu zaliczkę oddać” - honorowo zaordynował.
Pomamrotał jeszcze, że po raz pierwszy zdarza mu się taki klient, na magistry kształcony, czy co… A tu zakład stolarski jest, ludzie prości i nie pozwolą się obrażać przez byle wykształciucha, co wszelkie rozumy pozjadał. Próbowałem sprawę załagodzić, w końcu zima idzie, a ja potrzebuję te cholerne ścianki. Wystarczy przybić listwę poszerzającą po 4,5 centymetra z każdej strony i jakoś będzie. Ale majster nie chciał o niczym słyszeć. Wziąłem zaliczkę, niech więc się martwi, że zmarnował swój materiał. Odjechałem pogrążony w żalu.
Po 3 godzinach zadzwoniła pani stolarzowa. Musiała staremu niezłe kołki na głowie ciosać przez ten czas.
- „Pan się nie gniewa, stary się pomylił, bo …okularów nie może znaleźć. On poprawi, pan przyjedzie, co?”.
Obiecałem, że przyjadę… Ślicznie przecież robi.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Marzenia czy rzeczywistość?
07 październik 2007
|
I stało się... Jest! Wielki. Czarny. Muskularny. Wysoki, silny i jak mawia młodzież dorastająca, totalnie wypasiony.
Dzisiaj zabrał nas w teren po raz pierwszy. Bez trudu osiągneliśmy kilka wierzchołków za pomocą czegoś, co ktoś żartem chyba nazwał "drogą". Przeprawił nas przez rzekę, most był zbyteczny, skoro dno kamieniste a woda nie wyższa niż 0,5 m. Zawiózł na grzyby, choć sam zbierać ich nie chciał... Ale miejsce wybrał doskonałe - kilkanaście kilometrów od najbliższej ludzkiej siedziby i dostępne raczej tylko śmigłowcem. Tylko? Na pewno nie... Na koniec ruszył szlakiem cerkiewek Beskidu Niskiego i nawet mżący z nieba deszczyk nie robił na nim żadnego wrażenia. Wieczorem zawiózł na kolację. A sam stanął pod domem ubłocony, mokry i dyszący... Pogłaskałem go po bull-barze. Czekaj tu... I wszyscy w nim się zakochali... |
|
Komentarzy:
2
|
|
Rajdy, rajdy...
27 wrzesień 2007
|
Wszystkie weekendy zajęte, rzuca nas po całej Polsce, bierzemy udział w rajdach turystycznych, nawigacyjnych bądź sami organizujemy imprezy motoryzacyjne. Po raz pierwszy wziąłem udział w Pikniku Militarnym, jaki odbył się w Rzeszowie. Ze strony naszego klubu wystawialismy zabytkowe samochody, motocykle i zabezpieczaliśmy ten fragment ekspozycji. Tuż przy nas kolekcjonerzy prezentowali sprzęt wojskowy z czasów II wojny światowej. Samochody terenowe, dostawcze, transportery, ciężarówki, broń, motocykle. Czego tu nie było... Finałem pikniku była inscenizacja walki o wyzwolenie miasta. Rekonstrukcja wydarzeń z udziałem wielu statystów. Wybuchały bomby, strzelano, trup słał się gęsto, pożar strażnicy efektownie uwiarygodnił działania. Jestem pełen podziwu dla miłośników militariów, ich pracy i niejednokrotnie poświęcenia. Dlatego mocno rozczarowałem się próbą upolitycznienia całego widowiska. Nie tędy droga, panowie politycy!
Ostatni weekend to samochodowy rajd turystyczny w królestwie ducha Bielucha. Jedziemy do Chełma, tu oraz w najbliższej okolicy rozegrane zostaną sportowo-turystyczne zmagania. Rajd bardzo miły, ziemia chełmska przepiękna, pozostaną nam miłe wspomnienia. Udaje się nam rajd wygrać, dodatkowe punkty ustawiają nas na pozycji I ViceMistrza Polski '2007 w Turystycznych Motorowych Mistrzostwach Polski. Za 2 tygodnie ostatnia runda w Warszawie, spróbujemy miejsce utrzymać.
Zapraszam do zapoznania się z obszerniejszą relacją z chełmskiego rajdu na stronie domowej zespołu Arjano. Także z innych imprez. Adres, patrz linki.
http://www.mikula.rzeszow.net/rajdy/rajdy2007/bieluch2007/pierwsza.html
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Marzenia, marzenia...
06 wrzesień 2007
|
No dobrze, postaram się odpowiedzieć na pytanie. Zdrowie, dobra praca, szczęśliwe dzieci, wykształcone, miłe, z zasadami (nie PISu :-) ), zadowolona żona - to na pewno nie są moje marzenia. To są plany do zrealizowania. W swoim życiu nie mam powodów do narzekań, żyjemy sobie godnie i ciekawie. Chciałbym może, żeby wreszcie w naszym kraju (nie napiszę w TYM kraju, bo nadal utożsamiam się z Polską) można było normalnie żyć. Mam na myśli europejskie standardy, normalną płacę, poszanowanie autorytetów, wykształciuchów. Żeby bandyta nie miał większych praw od ofiary i by poszanowana była własność prywatna. Chciałbym, by wyjzd na wycieczkę nie rujnował budżetu domowego... ale to tylko takie "chcice", nie marzenia. Jestem ponad to, daleki od narzekania, czasem tylko ocenię w niewybrednych słowach rzeczywistość i biorę sprawy w swoje łapki, robię swoje i jakoś się kręci...
Marzenie mam, wieloletnie, ostatnio na stałe goszczące w mojej głowie. Pisałem o tym już kiedyś. Ale czy należy do nieprawdopodobnych? Mam nadzieję, że jednak nie. Robię wszystko, by móc je zrealizować. Żonka widząc moje chore dążenie ku niemu, utwierdza mnie w przekonaniu, że to byłoby to! Marzenia jest materialne, ale jest kluczem do czegoś, czego nie da się ocenić, zmierzyć, co jest bezcenne... za wszystko inne zapłacisz kartą Master Card. :-)
Tym czymś jest jeep cherokee. Samochód terenowy, przygotowany profesjonalnie do wypraw, podniesiony, wyposażony we wszystko, co potrzebne podczas jazdy w nieznane.
Jest drogi, wielki, pali dużo, sporo kosztuje jego ubezpieczenie, części zamienne nie są tanie... Ale ma w sobie coś, duszę jakowąś, to nie jest zwykły kawał żelastwa. I tym peepkiem na koniec świata. Pojechać! Zapakować rodzinkę, zjechać z głównych dróg i...
I tak w ten sposób robimy, ale po powrocie nasze autka noszą ślady bojów z mało przejezdnymi szlakami. Ciągnie nas w odludne tereny, lubimy poznawać co nieodkryte.
Chciałbym, by była to recepta na życie...
A marzenie niewyobrażalne? Trafić szóstkę w Lotto - ile to by problemów rozwiązało :-) |
|
Komentarzy:
4
|
|
Zagadka dla czytelników...
30 sierpień 2007
|

Tym razem mała zagadka dla wszystkich czytających. Proszę odpowiedzieć, co przedstawia zdjęcie powyżej. Czekam na nieszablonowe, oryginalne odpowiedzi. Zdjęcie nie jest modyfikowane żadnym edytorem graficznym, wyszło prosto z aparatu. Osoba, która pierwsza poda prawidłową odpowiedź posiądzie prawo zadania mi jednego, dowolnego pytania, na które odpowiem na łamach bloga :-) Można pytać o wszystko... Zapraszam!
|
|
Komentarzy:
14
|
|
Tworylne czyli bieszczadzki dziki zachód…
30 sierpień 2007
|
Biwakujemy nieopodal Bukowca, nad brzegiem zalewu Solińskiego, w miejscu gdzie wpada do niego Solinka. Jest to jedna z najdalszych zatok zalewu, ze względu na niski stan wody mocno zamulona i powoli zarastająca. W tworzących się na środku zatoki wyspach, mieliznach bujnie rosną trawy, krzewy i małe drzewka. Wśród nich swoje miejsce znajdują liczne kolonie ptaków. Codziennie widujemy czaple, wiele ptaków brodzących, a także kołujące wysoko drapieżniki. Kąpiemy się rano, póki woda jeszcze czysta i zielono – przezroczysta. Po południu bowiem pojawia się niezidentyfikowana piana płynąca Solinką, widać zanieczyszczenia skutecznie zniechęcające do kąpieli. Wioski w górze Solinki nie mają oczyszczalni, a turystów wciąż przybywa… Bożka zerkając znad mapy Bieszczadów proponuje na dzisiaj wycieczkę do Tworylnego – wsi, której nie ma. Wieś lokowana była na prawie wołoskim w 1456 roku przez ród Kmitów, pod polską nazwą Stworzona. Liczyła ponad 120 gospodarstw. W roku 1947 w ramach "akcji Wisła" została wysiedlona przez oddział Wojska Polskiego. Ludność przesiedlono w Olsztyńskie. Cześć budynków zniszczono, później UPA spaliła całą wieś, by nie mogli jej zasiedlić polscy osadnicy. Do dziś nikt tam nie mieszka.
Jedziemy samochodem do Rajskiego, ze skrzyżowania z obwodnicą bieszczadzką skręcamy na południe. Teraz lewym brzegiem Sanu przejeżdżamy wzdłuż miejscowości, mijamy pola namiotowe, liczne ośrodki i domy prywatne. Droga jest bardzo dobra, idealnie równy asfalt. Zabudowania się kończą, także nawierzchnia asfaltowa zmienia się, teraz królują dziury i przełomy. Nasz ford jęczy mocno, przechyla się, osiągamy most na Sanie. Tu droga prowadząca prawym brzegiem Sanu do Dwernika i Sękowca jest zamknięta szlabanem. Nas interesuje jednak wąska dróżka na drugim brzegu rzeki. Parkujemy auto na rozległym skrzyżowaniu, bierzemy plecak i ruszamy w kierunku Tworylnego.
Na początku idziemy jeszcze wąskim asfaltem, potem mijamy szlaban i droga staje się szutrowo – błotnista. Idziemy wzdłuż rzeki, którą słychać szumiąca w dole. Droga wygląda niesamowicie – z obu jej stron wznoszą się ponad 2-metrowe żółte kwiaty. Znamy je z dróg Bieszczadów, kwitną praktycznie całe lato i przez wczesną jesień, ubarwiając bieszczadzką zieleń. Obchodzimy spore wzgórze, powoli wspinając się na wysoczyznę. Mijamy pole namiotowe, a może to obóz harcerski? Doskonale ukryty w zaroślach, tuż nad brzegiem Sanu.
Ścieżkę przegradzają zwalone drzewa, tu sosna, tu jabłoń. Pełno małych, zdziczałych jabłuszek wala się pod naszymi nogami. To pozostałości sadów niewielkiej miejscowości Obłazy. Drzewa zdziczałe, skarłowaciałe, zarośnięte wysoką trawą i krzakami. Przekraczamy dwa niewielkie potoczki spływające do Sanu. Przy drugim organizujemy mały popas. Pijemy wodę, dzieci rzucają się na kanapki i czekoladę. Jest duszno, w kwiecistych wąwozach idzie się ciężko, rozgrzane, gęste powietrze stoi, nie ma wiatru… Tym chętniej myjemy się w strumyku, moczymy czapki i chustki. Próbujemy doprowadzić nasze zabłocone buty do lepszego stanu – ale właściwie po co?
Jeszcze kilkadziesiąt minut marszu i wychodzimy ostrym podejściem na szczyt. Tuż za nim otwiera się przed nami wspaniały, rozległy widok na całą dolinę Tworylnego. Łąki, wzgórza, łąki, strumienie i znowu łąki. Pięknie…
W 1957 r. w miejscowości Tworylne zjawiło się dwóch studentów rolnictwa, którzy postanowili dorobić się na hodowli bydła. Żyli jak kowboje, paśli konno ponad 1000 krów, strzegąc je przed wilkami. Jednym z nich był Henryk Victorini, który teraz ma gospodarstwo nad zalewem Solińskim. Wypas się nie udał, ale sława bieszczadzkiego rancha poszła w świat. Pod koniec lat 50-tych nakręcono nawet w dolinie film „Rancho Texas”. W roli głównej wystąpił Bogusz Bilewski. Tak powstała legenda o dzikim zachodzie, czyli o bieszczadzkich kowbojach… Z zamyślenia wyrywa nas terkot traktora koszącego w oddali trawę…
Biorę mapę, zapoznajemy się z nazwami szczytów, potoków, próbujemy zlokalizować z góry ruiny obiektów i pozostałości po wsi. Ten łysawy u podnóża garb to pewnie Dił, na prawo od niego Tworylczyk, za Sanem Szczob ze Skałą Dobosza. Rzeka San z przyległościami tworzy tu Rezerwat Krywe, trwają prace, aby i teren dawnej wsi Tworylne został włączony do rezerwatu.
W dolinie wita nas kolejny potok, szerszy i z większą wodą niż poprzednie. Po kamieniach przechodzimy na drugą stronę. Za moment oczom naszym ukazuje się stara aleja parkowa, poznajemy drzewa dworskie, olbrzymie lipy, kasztanowce, wiązy i jesiony. Po prawej wystają z wysokich traw kamienne mury dworskiej stodoły. Nawet dobrze zachowane, stoją milczące dając świadectwo historii. Po drugiej stronie resztki obory. Oglądamy je zaciekawieni. Ruszamy dalej wąską ścieżką. Mapa podaje, że za niedługo natrafimy na żeremia bobrów. Faktycznie, teren zaczyna zmieniać się w mocno podmokły. Nie ma szansy na przejście suchą nogą. Zdejmujemy buty i idziemy na bosaka. Dzieci uradowane, zaczyna się przygoda. Bagienko staje się coraz głębsze, brodzimy już po kolana w zielono – brunatnej mazi, podciągamy nogawki krótkich spodni. Po stąpnięciu w kępę z głębi mokradła wydobywają się jakieś gazy, bulki wypływają na powierzchnię. Widzimy resztki drewnianych pomostów, może mostków, po których kiedyś zapewne biegła ścieżka. Bobry jednak zrobiły sobie rozleglejsze tamy, woda podniosła swój poziom. Dosłownie parametrów od nas widzimy żeremia misternie zbudowane z gałązek i większych konarów. Wejście do nich bobry mają pod wodą, teraz siedzą cicho, nie pokażą się…
Zaczyna być mało ciekawie, grzęzawisko jest coraz głębsze. Proponuję odwrót i przejście ponad źródłem strumienia, sąsiednim grzbietem. Miłosz oponuje, każe nam poczekać, a sam próbuje się przedostać na twardy ląd. Słyszymy pluski, okrzyki, motywuję go do szybszego przejścia pytaniem, czy u niego „też są pijawki?”. Za moment słyszymy, że da się przejść, leżą nawet jakieś deski i plastikowy kanister. Miłosz wraca, odbiera plecak od Bożki i posuwamy się dalej. Ostatni krok i wycieramy czarne nogi w trawę. Butów nie da się założyć, nóg wymyć nie ma gdzie. Idziemy na bosaka, co chwilę sycząc z bólu po oparzeniu pokrzywą lub zadarciu się o jeżyny. Dochodzimy do cerkwiska, z daleka widać ruiny parawanowej dzwonnicy, stary drewniany krzyż i resztki nagrobków lub fundamentów. Stała tu drewniana cerkiew św. Mikołaja z 1876r. Dalej ruiny dworu Wincentego Łęckiego, właściciela majątku, a za parę kroków odnajdujemy piękne schody prowadzące do nikąd. To ruina niemieckiej strażnicy granicznej. Po 17 września 1939 roku przez wieś przebiegała bowiem granica między Niemcami a ZSRR. Granica biegła rzeką San.
Chcemy jeszcze dotrzeć do dwóch wiejskich cmentarzy, które mapa lokalizuje nieopodal, po obu stronach drogi. Idziemy, ale żadnych śladów cmentarzy nie ma. Wg mapy powinny być poniżej szczytu, na odkrytej przestrzeni, tuż przy drodze. Szukamy dłuższą chwilkę. Nic z tego. Biorę namiary na sąsiednie wzgórza, ustawiam mapę do kierunków świata, sprawdzam odległości, proporcje. Muszą tu gdzieś być! Znajdują się na linii góry Tabor i doskonale widocznej dzwonnicy. Zaraz! Jesteśmy zbyt na prawo, pewnie zlokalizowane są w lesie. Za moment znajdujemy błąd – poszliśmy drogą przetartą przez ciągniki koszące tu łąki, stara droga, zaznaczona na mapie poszła w las, jest totalnie zarośnięta. Odnajduję jednak wykoszony fragment łąki, który prowadzi nas w lasek, do starszego cmentarza. Teren cmentarz też wykoszony, z łatwością odnajdujemy resztki nagrobków. Drugi tonie w chaszczach, podrapani, spieczeni pokrzywami dochodzimy i do niego. Czytamy napisy na tabliczkach, głównie lata wojenne.
Pora wracać, nie chcemy jednak ponownie przechodzić przez grzęzawisko, wytyczam azymut na dwa „cyckowate” wzgórza na zachodzie. Jak będziemy szli w ich kierunku ominiemy rozlewisko od góry i trafimy z pewnością na drogę wiejską, która zaprowadzi nas do Rajskiego. Idziemy połoninami, łąkami, ależ cisza… Co chwile widzimy ślady żerowania zwierząt, ich tropy, pełno odchodów. Pokazujemy je dzieciom, są pod wrażeniem. Tu wygnieciona trwa, kto tu spał? Może sarny?
Wszyscy drapiemy się po nogach, zaschnięte kropelki krwi, liczne przecięcia i wbite kolce. Opatrujemy się przy potoku z krystalicznie czystą wodą. Piecze! Obiecuję dzisiaj super kąpiel w zalewie. Pojedziemy do pięknego miejsca w Zawozie, wymoczymy zmordowane cielska. Do tego dokładam frytki z keczupem, za które nasze dzieciaki dałyby się pokroić. Nic dziwnego, że droga powrotna mija nad wyraz szybko…

|
|
Komentarzy:
3
|
|
Na Chryszczatą, czyli uciekający szczyt...
29 sierpień 2007
|
Z Komańczy, przez Prełuki docieramy do Duszatyna. Jest południe. Odnajdujemy pole namiotowe, parkujemy samochodem. Na razie nie rozbijamy namiotu, przebieramy się tylko w bardziej turystyczne ubrania, zakładamy trapery i pakujemy do plecaczka najpotrzebniejsze rzeczy. Przed zmrokiem wyjdziemy jeszcze na Chryszczatą, a po drodze odwiedzimy Jeziorka Duszatyńskie. Dzieci tym razem są z nami. Idziemy rodzinnie. Najpierw przejście rozoraną przy zrywce drzewa drogą. Pogoda jest dobra, ale na drodze liczne kałuże – to pozostałość po ostatnich deszczach. Idziemy doliną potoku Olchowatego. Po pół godzinie przekraczamy potok i rozpoczynamy ostrą wspinaczkę pod górę. Szlak jest mocno kamienisty, nierówny, dość stromy. Zziajani dochodzimy do pierwszego jeziorka znajdującego się w rezerwacie „Zwiezło”. W okolicy Wielkanocy 1907 r. olbrzymi fragment zbocza Chryszczatej osunął się do potoku. Pracujący w lesie mieszkańcy Duszatyna uciekli w popłochu słysząc huk i potężny grzmot. Rumowiska kamieni, zwały gliny i błota zatamowały wody potoku, powstały 3 śródleśne jeziorka. Do dzisiaj zachowały się jednak tylko 2. Trzecie zostało osuszone, spuszczono z niego wodę, by pozyskać żyjące tu pstrągi. W mule dennym odnaleziono ok. 80 ryb, niektóre dość znaczne, o wadze ok. 10 kg. Właściciel tych ziem, gdy zobaczył wyniki marnego połowu przyznał, że osuszenie jeziora było błędem. Aby zrehabilitować swój uczynek rozpoczął starania o stworzenie ochrony prawnej dla całego osuwiska. Były to początki prac nad stworzeniem tu rezerwatu krajobrazowego. Ostatecznie powstał w 1957 roku. Oglądamy ślady osunięcia, mimo upływu 100 lat widać doskonale długą rynnę, szczelinę przy progu skalnym i pofałdowaną powierzchnię całego osuwiska. Ruszamy dalej, na szczyt Chryszczatej mamy jeszcze ponad 1,5 godziny marszu. Szlak pnie się teraz ostro pod górę, Agnieszka zaczyna sapać jak lokomotywa, ale pnie się dzielnie. Miłosz z Mamą prowadzą na czele...
Pochodzenie nazwy szczytu nie jest jasne, może pochodzić od krzyżowania się tu ścieżek w formie krzyża (po ukraińsku chrest) lub najpewniej od ukraińskiej nazwy występującej tu rośliny „chryszczate ziele”. Sam szczyt wznosi się na wysokość 997 m, nie należy wiec do szczególnie wysokich, ale wejście na niego sprawia nam kłopot. Jest bardzo duszno i gorąco. Zatrzymujemy się na odpoczynek, popijamy wodę, rozglądamy się. Szczyt musi być tuż tuż, gdyż szlak staje się mniej stromy, biegnie prawie poziomo. Na horyzoncie widać błękitne niebo prześwitujące pomiędzy pniami drzew. Dzielę się tą wiadomością z Agą, już niedaleko! Idziemy kilkanaście minut, a szczytu nadal nie widać. Zerkam na mapę, najpierw po prawej stronie musi być cmentarzyk z I wojny światowej. Kolejne minuty nużącego podejścia. Stale pod górę, prawie płaskim grzbietem. Nagle widać, że przed nami polanka, las się zdecydowanie rozjaśnia, widać niebo. Czyżby już? Ależ skąd, znowu góra pogrywa sobie z nami, las się znowu zagęszcza, ciemnieje, i znowu powoli wspinająca się ku górze ścieżka. Aga czuje się oszukana, miał być szczyt, a tu co? Na szczęście dochodzimy już do cmentarza, pojedynczy kamień z tablicą, kilka opuszczonych nagrobków. Stąd parę kroków do szczytu, na którym odnajdujemy prawie 8-metrowy betonowy słup. Kiedyś stanowił część podstawy drewnianej wieży geodezyjno-obserwacyjnej. Odpoczywamy krótko, jeszcze schodzimy poniżej szczytu na punkt widokowy, niestety widoki przesłaniają drzewa, nie widać wiele.
Droga powrotna jak zwykle, trwa krócej. Po pierwsze idziemy w dół, wiec szybciej, a po drugie żołądki domagają się już jakiegoś solidniejszego posiłku. Wraz z Miłoszem marzymy o kąpieli w zimnej, ożywczej Osławie. Obiecujemy sobie, że będzie to pierwsza czynność po dotarciu do obozowiska. Dochodzimy do pola namiotowego tuż przed zachodem słońca, czerwone chmury kłębią się po zachodniej stronie nieba. Nasza część obozowiska skrywa się już w głębokim cieniu, wcale nie jest ciepło…
Miłosz weryfikuje plany kąpielowe, twierdząc, że opłukanie twarzy jest wystarczające. Ja przebieram się w kąpielówki i szukam głębszej wody, by móc się zanurzyć. Uffff, tego mi było trzeba. Woda jest wspaniała. Krótka kąpiel i do rozstawiania namiotu! Tu procedury mamy tak dopracowane, że zanim w kociołku zawrzała chińska zupka namiot był gotowy a materce napompowane.
Kolację zjadamy przy blasku ogniska i świeczek. Kolacja przy świecach – jakże inną ma wymowę w Bieszczadach. Odchylam się leniwie do tyłu na krzesełku, zrywam kilka listków mięty, wrzucam do wrzątku. Herbata z miętą pachnie wspaniale. Od gór zaczynają snuć się mgły, kontury się zamazują, dźwięk gitary milknie daleko po północy…

|
|
Komentarzy:
0
|
|
Nie lubię miodu…
28 sierpień 2007
|
Wracamy z Michniowca, gdzie oglądaliśmy oryginalną cerkiewkę z 1863 r. Chcemy dostać się na dużą pętlę bieszczadzką, która pojedziemy w Bieszczady Wysokie. Po drodze miga nam tabliczka „Rzeźby”. Ponieważ lubię wytwory domorosłych artystów zatrzymujemy się przy gospodarstwie. Kupić, nie kupić – pooglądać zawsze warto. Na spotkanie ku nam wychodzi ogorzały rzeźbiarz, właśnie kończy przygotowywanie „surówek” pod rzeźby „przydrożnych dziadów”. Figurki są z grubsza ociosane, wymagają teraz dopieszczenia drobnym dłutkiem. Gospodarz pociąga nas ze sobą pod wiatę.
- „Chodźmy tu, bo sąsiad wybiera miód i pszczółki trochę rozzłoszczone”.
Faktycznie, teraz zauważamy pojedyncze sztuki latające nad nami. Oglądamy galerię, a pszczoły coraz bardziej nerwowe, brzęczą koło uszu, wpadają we włosy. Rzeźbiarz mówi, aby spokojnie stać, same nie urządlą. Bożena daje za wygraną i wraca do samochodu, ja negocjuję cenę za świątka. Nagle jedna z pszczółek zaplątuje się w moje kudły na przedramieniu.
- „Spoko, niech pan nie rusza” – słyszę.
Hmmm, już bym dawno ją strzepnął albo dał po głowie a tak widzę, jak w zwolnionym tempie wsuwa powoli swoje żądło w moją rękę.
- „AŁĆ! I co teraz?” – pytam. - „Ona zdechnie…”. - „A ja?”
Pędem płacę za rzeźbę i uciekam do auta. No, spokój. Ale ręka piecze. Naciskam mocno i wysysam ranę, wypluwając na asfalt czerwoną ślinę. Bożena od razu daje mi wapno w tabletce i smaruje rankę rozciętą cebulą. Ruszamy dalej. Idziemy na szlak. Zapominam o takim drobiazgu jak pszczoła. Słońce grzeje niemiłosiernie, my wędrujemy. Od czasu do czasu bezwiednie drapię się po ręce. Hmm, czemu ten zegarek tak mnie ciśnie? Patrzę na swoje przedramię i dłoń. Są czerwone i spuchnięte jak bania. Że też nie zauważyłem wcześniej… Teraz trzeba dopiero zejść ze szlaku, owijam chustką zmoczoną w potoku rękę. Dobrze, że mamy ze sobą w plecaku apteczkę. A w niej wapno. Wrzucam 4 tabletki na raz, ale czy pomoże? Dochodzimy do auta, schłodzona ręka chyba mniej boli, ale spuchnięta nadal. Decydujemy się jechać do najbliższego punktu medycznego – po ostatnich doniesieniach o urządleniach owadów lepiej dmuchać na zimne. Wstrząsu anafilaktycznego chyba nie mam, dusiłbym się od razu, ale zakażenie też nie byłoby wskazane. Docieramy do punktu medycznego w Ustrzykach Górnych, który okazuje się być siedzibą GOPRu. Niestety, goprowcy nie są przygotowani na takie sytuacje, pytam ostrożnie czy mają surowicę przeciwko żmijom. Nie, ale mają dostęp do śmigłowca… Upewniwszy się, że się nie duszę, że mi nie jest słabo wskazują drogę na Cisną i polecają udać się do przychodni w ośrodku zdrowia. Po pewnym czasie dojeżdżamy tam, otrzymuję zastrzyk sterydowy w tyłek i receptę na wykupienie antybiotyku. Teraz tylko znaleźć aptekę… Po zastrzyku opuchlizna zaczyna ustępować, chronię rękę przed słońcem, swędzi niemiłosiernie. Postanawiamy rozlokować się z namiotem nad jeziorem Solińskim i pomoczyć trochę obolałe członki. Woda wyciąga…
Mówiłem, że nie lubię już miodu?

|
|
Komentarzy:
0
|
|
Do źródeł Sanu czyli grób hrabiny…
27 sierpień 2007
|
Pierwszy dzień naszej wyprawy. Tym razem celem są źródła Sanu, znajdujące się w tzw. Bieszczadzkim Worku. Jedziemy najwyższym odcinkiem doliny Sanu, przez pola, łąki i sady nieistniejących już dzisiaj wsi. Jedziemy drogą, która jeszcze do niedawna była dostępna tylko dla wybranych. Przez Muczne, gdzie na polanie mijamy dawny ośrodek myśliwski Urzędu Rady Ministrów docieramy do Bukowca. Nie ma tu już zasieków, szlabanów i straży Urzędu Bezpieczeństwa. Turyści mogą wejść na teren Parku i dotrzeć aż do źródeł Sanu. Zostawiamy wóz na parkingu w Bukowcu i szykujemy się do pieszej wędrówki. Przed nami kilka dobrych godzin marszu wzdłuż granicy z Ukrainą.
Przekraczamy drewnianą bramę i na początku wąskim asfaltem a potem szutrówką i wąską trawiastą ścieżką dochodzimy do Beniowej. Właściwie to do miejsca, gdzie kiedyś rozciągała się ta wieś. Teraz, w wysokich trawach odnajdujemy jedynie stare cerkwisko, sterty kamieni, jakieś fundamenty, kilka ciekawych nagrobków. I tajemniczy kamień z wyrytą na jego czołowej stronie rybą. Do czego służył? Jest fragmentem ołtarza? Może chrzcielnicy lub ławy…
Ścieżką wijącą się przez nieskoszone łąki idziemy dalej. Pokrzywy parzą w nogi, ostrokrzewy zostawiają czerwone ślady na rękach, w oddali widzimy po ukraińskiej stronie torowisko kolei. To linia biegnąca do ukraińskich Sianek i dalej na przełęcz Użocką. Po kilkudziesięciu minutach wychodzimy na szutrową drogę, po 200 metrach widzimy Schron nad Negrylowem. Schronisko w baraku robotników leśnych jest niestety zamknięte. Odpoczywamy w cieniu, wyjmujemy kanapki, pora się posilić. Witamy się z parą wracającą z Sianek. Jest późne popołudnie, późno wyruszyliśmy, liczę, że jak się sprężymy to powinniśmy wrócić do samochodu przed zmierzchem. Po zachodzie słońca nie wolno bowiem chodzić po szlakach Bieszczadzkiego Parku Narodowego.
Ruszamy zatem bez zwłoki, patrzę na mapę, wchodzimy w świerkowy las, jedyny w Polsce naturalny drzewostan świerka odmiany wschodniokarpackiej. Las rośnie pięknie. Dalej na trasie widoczne są także nasadzenia świerkowe pochodzące z XIX w. Sadzono tu las z nasion pochodzących z Alp i Sudetów. Niestety, odmienne warunki środowiskowe nie sprzyjają tym drzewom. Licznie chorują, są bowiem niesamowicie czułe na zanieczyszczenia. Po stronie ukraińskiej całe leśne pola są uschnięte, zbrązowiałe. Zanieczyszczenia nic nie robią sobie z granicznych słupów, z wiatrem, deszczem spływają i na nasz skrawek Bieszczadów. Tu i ówdzie widzimy suchy szkielet drzewa.
Po kilku minutach dochodzimy do rozlewiska potoku Niedźwiedź, przechodzimy po drewnianym mostku i zaczynamy wspinać się na wysoczyznę. Dyszę mocno, słońce grzeje z góry na cały regulator, a my w trasie już od 2 godzin. Po drodze obserwujemy żeremia bobrów, ich tamy spiętrzające wodę i ślady żerowania. Teraz ostre zejście w dół, dochodzimy do ruin pałacu Stroińskich, dawnych właścicieli Sianek. Niewiele pozostało z budynków, same fundamenty. Naprzeciwko, ale już po ukraińskiej stronie widnieją resztki neogotyckiej kaplicy dworskiej wysadzonej w powietrze w 1970 r! Co za czasy…
Po 3 godzinach dochodzimy do Sianek, to tu, na starym cmentarzu odnajdujemy dwa grobowce. Jeden należy do Franciszka Stroińskiego, drugi, do jego żony Klary z hrabiów Kalinowskich Stroińskiej. Kiedyś był to mocno zarośnięty zakątek, groby leżały wśród wysokich traw i powoli zarastały krzewami. Teraz przynajmniej cerkwisko i teren cmentarza jest wykoszony. Nad głowami grobowców wznosi się częściowo odbudowana kaplica, wykonana z łupanego kamienia. Dalej, wśród traw widzimy fundamenty cerkwii i stary, połamany żelazny krzyż wieńczący kiedyś banię kopuły. Poniżej cmentarza wody swe toczy rzeka San, tu już dość szeroka, ok. 3 metrów. My musimy dojść do jej źródeł.
Wchodzimy na wzgórze Wierszek, za kwadrans osiągamy punkt widokowy na ukraińskie Sianki. Po naszej stronie dzikie trawy po pas, zagajniki lasu, po ukraińskiej tętniąca życiem miejscowość. Tory, stacja, osiedle domów, pociągi, pies szczeka, jadą wozem. Nie, drogi na Ostrołękę przez naszą lornetkę nie dostrzegliśmy…
Z tego miejsca do końca Bieszczadów Zachodnich i Przełęczy Użockiej jest tylko 1 km. Dawniej był to ostateczny punkt, którego przekroczyć się już nie dało. Teraz mamy prawo dojść dalej, do źródeł Sanu, mamy jednak przestrzegać uregulowań granicznych. Źródła leżą bowiem na samej granicy między Polska a Ukrainą. Kluczymy ścieżką pomiędzy biało – czerwonymi i niebiesko – żółtymi słupami granicznymi, powoli osiągając kolejny las. Mamy dziką świadomość, że gdyby coś się nam stało to ze strony polskiej ratuje nas tylko śmigłowiec, tak daleko i dziku tu. A po drugiej stronie granicy właśnie przejechał niebieski pociąg… A może służby graniczne współpracują i w pewnych przypadkach służą sobie pomocą?
Teraz ostro pod górę. Po 15 minutach widzimy pomnikowy kamień i słup graniczny nr 224 – doszliśmy do źródeł Sanu. Jesteśmy na 843 m npm. Do najdalej wysuniętego na południe punktu Polski pozostało niewiele, wystarczyłoby dojść do słupa z numerem 219. Ale tam już iść nie możemy… Źródła wyglądają niepozornie, z zagłębienia terenu, pod korzeniami drzewa, z wywierzyska wypływa mały potoczek. Panuje spory upał, jest duszno, chłodzimy się więc zimną, krystaliczną wodą. Robimy zdjęcia, jedna noga na polskiej stronie, druga na ukraińskiej, a pod nami płynie San…
Wracamy, przed nami jeszcze droga powrotna, kolejne 3,5 godziny. Mija nam szybko, nogi niosą do samochodu, zbliża się zachód słońca. Osiągamy parking w Bukowcu i zatapiamy zęby w soczystym arbuzie…

|
|
Komentarzy:
1
|
|
W poszukiwaniu sensu...
27 sierpień 2007
|
Wakacje się kończą, mój urlop dawno przebrzmiał, był i tak mocno poszatkowany... Roboty teraz huk, nie ma chwilki czasu, by usiąść i coś naskrobać. Blogi znajomych też nie czytane... A długa nieaktywność rozleniwia jeszcze bardziej, pojawia się pytanie: a może to nie ma sensu? Tyle ważniejszych rzeczy wkoło, praca, remont chałupy, wyjazdy, wycieczki, szkoła dzieciaków.
Szkoda, że nie mam mobilnego podłączenia do internetu, wędrując szlakami Bieszczadów i Beskidu Niskiego oczami wyobraźni widziałem już te notki. Pełne werwy, doznań, potu, zmęczenia, zadowolenia z osiągnięcia szczytu, zamglone mgłą znad Osławy, a może dymem ogniska. Z pluskiem fal zalewu Solińskiego. Teraz, gdy minęło kilka dni, powoli zacierają się doznania, ulatuje zapach bieszczadzkich połonin, smak pstrąga z grilla... A więc, aby całkiem nie uleciał, może warto jednak zapleść go w karty bloga? Spróbujmy... |
|
Komentarzy:
0
|
|
Róbta co chceta...
04 lipiec 2007
|
Ach, świat wiruje... Zmienia się, dziwaczeje, szokuje i zastanawia… Rzuciła mi się w oczy informacja, że Watykan w ramach dostosowania się do realiów współczesnego życia przystępuje do uświadamiania kierowców i podejmuje heroiczną walkę z problemami światowego ruchu drogowego. Oto przygotowanych 10 nowoczesnych przykazań, wydanych w formie instrukcji dla kierowców:
I. Nie zabijaj. II. Niech droga będzie dla ciebie narzędziem jednoczącym osoby, a nie śmiertelnym niebezpieczeństwem. III. Niech uprzejmość, poprawność i ostrożność pomogą ci wyjść z nieprzewidzianych sytuacji. IV. Okazuj miłosierdzie i pomagaj bliźniemu w potrzebie szczególnie gdy jest ofiarą wypadku drogowego. V. Niech samochód nie będzie dla ciebie przejawem władzy, panowania i okazją do grzechu. VI. Z miłością przekonuj młodych i nie tylko młodych do tego, aby nie zasiadali za kierownicą, gdy nie są w stanie. VII. Wspieraj rodziny ofiar wypadków drogowych. VIII. Doprowadź do spotkania ofiary i agresora we właściwym momencie, ażeby mogli przeżyć wyzwalające oświadczenie przebaczenia. IX. Na drodze chroń słabszego. X. Poczuwaj się do odpowiedzialności za innych.
Zastanowiłem się, czyżby pora na nowe autorytety w dziedzinie BRD? Po regulacji poczęć, uświadamianiu seksualnym, lekcjach pożycia małżeńskiego, tym razem księża biorą się za fachowe rady dla samochodziarzy? Czy kościół już zaczyna zjadać swój własny ogon?
Zastanowiłem się...
Spojrzałem szerzej i stwierdzam, że rady te nie są wcale takie złe, ba, w nich jest coś! Przecież dotykają problemów nas wszystkich, są w większości zgodne ze wskazówkami przepisów kodeksu ruchu drogowego, zaleceń instytutów zajmujących się monitorowaniem bezpieczeństwa na drogach, wiedzy wynoszonej ze szkół bezpiecznej jazdy, kursów pierwszej pomocy, ratownictwa medycznego czy kursów prawa jazdy organizaowanych przez szkoły i kluby motorowe. Jeżeli jest to kolejna szansa na dotarcie do jakiejś tam części naszego społeczeństwa, jeżeli spowoduje to spadek agresji na drogach i zwiększy bezpieczeństwo, to każdy sposób jest dobry...
Papieska Rada Duszpasterstwa Migrantów i Podróżnych stworzyła w ciągu kilku miesięcy wielostronicowy dokument zawierający mnóstwo rad i wskazówek, jak powinien zachowywać się na drodze chrześcijanin. 10 zacytowanych przeze mnie przykazań jest jedynie zwieńczeniem pracy.
Jasnym jest, z popieram „zakaz kościelny” prowadzenia pojazdów pod wpływem i to nie tylko alkoholu. Środki odurzające i narkotyki są równie „skuteczne” w łamaniu I przykazania. Kilka kolejnych ma także głęboki sens. Nie rozumiem jednak przykazania VIII, wnoszę, że ingerencja kościoła była tu zbyt wielka.
Dobrymi radami Watykan próbuje walczyć z plagą braku kultury na drogach, obraźliwymi gestami i przekleństwami. Zgoda, walczmy wspólnie. Na tym samym biegunie stawia jednak grzech „ubóstwiania swojego samochodu i rodzącego się za kierownicą instynktu panowania nad pojazdem i drogą”. Cóż, oby każdy z kierowców był na tyle przeszkolony, aby był w stanie panować nad własnym autem, znał sposoby jego okiełznania i bezpiecznej nim jazdy. Chciałbym zobaczyć także miny „grzeszących” kolegów, którzy przez lata remontują swoje zabytkowe samochody lub tuningują sportowe maszyny „służąc im każdą wolną chwilą i zaskórniakami”. Nie wnikam w ich wiarę i życie duchowe i nie przeciwstawiam motoryzacyjnej pasji. Te dwie dziedziny są bowiem niezależne…
Papieska Rada próbuje chronić środowisko naturalne. I tak spalin i zanieczyszczeń mamy aż za dużo. „Unikaj korzystania z samochodu bez potrzeby”. Jest w tym sens. Są i tacy, co jeżdżą autem po bułki do sklepu na rogu. Sam uderzę się w piersi...
Nie wszystko wierni zapewne przyjmą z pokorą. Kontrowersje wzbudza zalecenie kreślenia znaku krzyża przed włączeniem silnika oraz odmawianie różańca w czasie jazdy... Współpasażerowie podróży powinni się dołączyć. Wg mnie mechaniczne odmawianie różańca może być nużące i powodować senność. A to za kółkiem nie jest wskazane. Czy modlenie się jednak z zaangażowaniem nie rozproszy z kolei kierowcy, który powinien być czujny i gotowy na nieprzewidziane sytuacje?
Żyjemy podobno w demokratycznym i wolnym kraju, tolerancyjnym wyznaniowo – a więc „róbta co chceta” i bezpiecznie wracajcie autem do domów... |
|
Komentarzy:
10
|
|
Bez słów dla Blulaguny...
03 lipiec 2007
|
Chodzą ulicami ludzie
Maj przechodzą, lipiec, grudzień
Zagubieni wśród ulic bram
Przemarznięte grzeją dłonie
Dokądś pędzą, za czymś gonią
I budują wciąż domki z kart
A tam w mech odziany kamień
Tam zaduma w wiatru graniu
Tam powietrze ma inny smak
Porzuć kroków rytm na bruku
Spróbuj - znajdziesz jeśli szukać
Zechcesz nowy świat, własny świat
Płyną ludzie miastem szarzy
Pozbawieni złudzeń, marzeń
Omijają wciąż główny nurt
Kryją się w swych norach krecich
I śnić nawet o karecie
Co lśni złotem nie potrafią już
A tam w mech odziany kamień
Tam zaduma w wiatru graniu
Tam powietrze ma inny smak
Porzuć kroków rytm na bruku
Spróbuj - znajdziesz jeśli szukać
Zechcesz nowy świat, własny świat
Żyją ludzie, asfalt depczą
Nikt nie krzyknie - każdy szepce
Drzwi zamknięte, zaklepany krąg
Tylko czasem kropla z oczu
Po policzku w dół się stoczy
I to dziwne drżenie rąk
A tam w mech odziany kamień
Tam zaduma w wiatru graniu
Tam powietrze ma inny smak
Porzuć kroków rytm na bruku
Spróbuj - znajdziesz jeśli szukać
Zechcesz nowy świat, własny świat
I tego wraz z Wojtkiem Bellonem Ci życzę...
 |
|
Komentarzy:
3
|
|
Diabelskie szóstki :-)
03 lipiec 2007
|
No masz, choćby się starać i kombinować, by tak wyszło, to nie wyjdzie... A tu przypadkiem. Zaglądam, a na moim blogu wieje satanizmem: 666 gości, 66 komentatorów i 6 wpisów do księgi. Brrrrrr...
Teraz czekam na znak... |
|
Komentarzy:
5
|
|
A tam w mech odziany kamień...
27 czerwiec 2007
|
Znowu tydzień bez końca... W pracy powariowali, termin goni termin, a sprzęt odmawia posłuszeństwa. Ludzie w duchocie i gorącu jakoś wytrzymają, serwer nie. Właśnie padł. Zresztą, co to za serwer, zwykły PC-cina. Akcja ratunkowa trwa. Udało się poprzenosić pliki na komputery , jest na czym pracować, choć wymaga to niebiańskiej cierpliwości. Wszyscy poddrażnieni. Byle tylko wytrzymać do piątku... Otrzymaliśmy doskonałą propozycję - skoczymy znowu w Beskid Niski popedałować na rowerku. Tym razem Radocyna. Jeszcze tyle nie odkrytych dróg...
Kiedy to ostatnio przesiedzieliśmy weekend w domu? Nie pamiętam... ;-) Od tygodni wyjazdy. To pozwala zachować nam dobre samopoczucie i nie pozwala zwariować. Z dala od pracy, polityki, strajków lekarzy, blokad pielęgniarek, sukcesów rządu w walce o pierwiastek, protestów o F16, uszkodzonych serwerów, braku klimatyzacji, podatku katastralnego, obniżki składki zdrowotnej, sprawozdań, badań i terminów...
A tam w mech odziany kamień... |
|
Komentarzy:
3
|
|
Gdzie na wakacje?
26 czerwiec 2007
|
Szybkim krokiem nadchodzi czas wakacyjny. Dzieciaczki już wolne, Bożka też, skończył się rok szkolny. Pora zaplanować wakacje.
W tym roku, z pewnych względów, nie planowaliśmy od zimy "wielkiego" wyjazdu . Musimy w kilku terminach pozostać w domu. Wyjazd będzie więc krótki, ale za to może treściwy. Dzieciaczki po raz pierwszy jadą na kolonie. Wybrały sobie Beskid Żywiecki i Wojtatówkę. Szykuje się niezła przygoda. My skoczymy gdzieś w Polskę, a potem wspólnie podsumujemy wakacje. Tylko gdzie pojechać? W góry? Nie za gorąco? Marzy się woda... Jakieś ładne, spokojne jeziorko. Ostatnio usłyszałem dużo dobrego o jeziorach na wysokości Włodawy, ale po stronie ukraińskiej. Pojezierze Łęczyńsko- Włodawskie znam bardzo dobrze, za granicą, u sąsiadów nie byłem. Podobno spokój, cisza i taniocha. Podobno... Czy jednak nie strach jechać tam samemu? Może ekipą? Zebrać się w dwa wozy i ruszyć na odkrywanie nowego? Świtaź, Pulmo i Łukie czekają...
A może coś poradzicie? |
|
Komentarzy:
2
|
|
Cofnąć czas...
25 czerwiec 2007
|
Nie wybrzmiały jeszcze echa sobotniej imprezy, a tu już trzeba szybko wstać, bo dzisiaj wybieramy się na Rajd Pojazdów Zabytkowych. Dzięki uprzejmości Kuby, komandora rajdu dziś będziemy powozić jego fiatem multiplą. Seledynowo - zielone autko pochodzi z 1956 r. Jedziemy na stację benzynową, tankujemy nie bez obaw, 10 litrów paliwa, powinno wystarczyć. Nalewamy U 95, jak twierdzi Kuba, w takim przypadku dodatki do paliwa są zbędne. Meldujemy się na starcie, wypełniamy kartę zgłoszenia, w koło pełno znajomych twarzy. Są kumple z klubu, właściciele zabytkowych cacek. W rajdzie, oprócz samochodów startuje pokaźna grupa motocyklistów. Będzie się działo…
Zaczynamy od próby sprawnościowej. Prosty slalom, my jedziemy zachowawczo. Zaufali nam powierzając w nasze ręce swojego pieszczocha, nie może mu się nic stać. Płynnie pokonujemy trasę próby i hamujemy na mecie między słupkami. Wcześniej dostaliśmy już itinerer trasy, kartę drogową i kartę ze zdjęciami obiektów, które mamy odnaleźć podążając prawidłową drogą. Z nawigacją nie powinniśmy mieć problemów, lata startów otrzaskały nas z różnymi rodzajami itinererów. Ruszamy. Przyzwyczajam się do autka. Multipla - to samochód, który jak większość dostrzega, jedzie „tyłem do przodu”. Pionowa ściana czołowa z przednią szybą i doskonale aerodynamicznie zaprojektowany tył. A gdyby tak auto odwrócić? Teraz śmiejemy się, że mamy 4 biegi w tył i 1 w przód. Fiacik ma silnik o pojemności 600 ccm , dysponuje zawrotną mocą 22 KM. Na swój pokład może zabrać aż 6 pasażerów i tu tkwi jego siła! Obracam cieniutką kierownicą, próbuję wybierać tor jazdy, ale jeden obrót koła kierownicy w lewo bądź prawo nie robi na autku prawie żadnego wrażenia. Tu trzeba pokręcić! Hamulce są, działają, jak na te lata są nad wyraz skuteczne. Nie mogę niestety dopasować lewego lusterka zewnętrznego, nijak nie widzę w nim uciekającego ku tyłowi świata. Prawego nie ma wcale, kiedyś nie było wymagane. Włącznik kierunkowskazów nie powraca do swojego położenia, trzeba pamiętać o jego wyłączaniu. Kuba zaopatrzył nas na drogę w butlę wody oraz wskazał polny kamień wożony pod nogami pasażera. „Jak ci zgaśnie to popukaj gaźnik” - skomentował. Na szczęście akcesoria te były nam zbędne, autko pruło jak strzała wzbudzając zazdrosne spojrzenia.
Po wyjeździe z bazy wykonujemy kolejne polecenia na następujących po sobie skrzyżowaniach. Zapis itinerera jest bardzo prosty, jedyna trudność polega na tym, że w fiacie nie ma kasowania licznika. Dobrze, że w ogóle licznik jest! Zauważyłem, że koledzy na kilku motocyklach i innych autach nie mają tego podstawowego narzędzia. Będzie im trudniej. Dojeżdżamy do pierwszej próby. Otrzymujemy dwa dziwnie wyglądające druty złączone ze sobą. Mamy je rozłożyć w mniej niż piętnaście sekund. Fajna łamigłówka, trzeba tylko wymyślić sposób, kręcę zabawką na wszystkie strony. Niestety. Pierwsze punkty karne. Kolejna próba. W ciągu 3 sekund mamy określić, która godzina jest na zasłoniętym pudełkiem zegarze. Pudełko idzie w górę a naszym oczom ukazuje się dziwny zegar. Stwierdzam, że jest lustrzanie odbity, na miejscu 9 jest 3. A więc będzie 3:10. Niestety, nie zauważamy że zegar chodzi do tyłu, a więc „za 10 trzecia”. Trudno.
Po skończonych próbach jedziemy dalej, szukając skrzyżowania typu „krzyż”. Przed nami ślepa droga, nie szkodzi, nawigacyjnie wjeżdża się w takie i zawraca na ich końcu. Próbujemy tak zrobić, ślepa okazuje się być przejezdna. Nie pasują jednak kolejne znaczki. Brak precyzyjnego licznika uniemożliwia dokładne namiary. Jedziemy ciągnąc na ogonie 2 załogi samochodowe i 3 motocyklistów. Czy oni wiedzą, że my nie wiemy dokąd jechać? :-) Wykonuję rundę honorową wokół stacji benzynowej, za nami eskorta. To umacnia mnie w przeświadczeniu, że też się pogubili… Wracamy na miejsce próby. Chwilę obserwujemy, każda z załóg zawraca tu w miejscu i kontynuuje trasę. Podjeżdżamy do sędziów, słyszymy jak informują o zawróceniu kolejne załogi. Acha, wiemy już jak jechać dalej, szkoda jednak, że nam nie powiedzieli …
Straciliśmy dużo czasu, pora gnać w górki Słociny. Odnajdujemy po kolei kapliczki ze zdjęć, umieszczamy ich numery w karcie drogowej, staramy się wypatrzyć wszystkie punkty PKP-ów umieszczonych po prawej stronie. Sporo fałszywek, które ignorujemy. Wspaniale jedzie się autkiem przez widokowe wzgórza i doliny. Jest piękny, gorący dzień, jedziemy spokojnie napawając się czarem chwili. Gorąco. Proszę o wodę, wypijam chciwie pół butelki. Przed nami kolejna próba. Tym razem mamy …pić wodę na czas! O losie, mogłem poczekać z tym moim pragnieniem, jak ja teraz zmieszczę dodatkową porcję? Uff, czas słabiutki, 13 sekund, inni spragnieni wyrabiali tu czas połowę krótszy.
Wracamy na trasę, już niedaleko do końca pierwszego etapu. Kolejna próba - trzeba odgadnąć, jakie motoryzacyjne elementy są ukryte w woreczkach. Jedyny dostępny zmysł - dotyk. Hmmm, w pierwszym odkrywam cylinderek hamulcowy, w drugim kondensator, w trzecim zaś motocyklowy kranik do paliwa i o dziwo nie mamy punktów karnych. Wszystko się zgadza. Teraz tylko zjechać ze wzgórza i zaparkować w rejonie kamieniołomu. A tutaj strzelanie z paintbolowych karabinków i poczęstunek. Chwilę odpoczywamy i startujemy do etapu II.
Ten prowadzi na parking w Lubeni, gdzie przesiadamy się na seicento. Nie jest to jednak zwykły samochód, zamiast tylnych kół zamontowane ma troleje. Prowadzi się niczym wózek w hipermarkecie. Trzeba spokojnie i dokładnie przejechać trasę wokół słupków, z wyprzedzeniem kontrować poślizgi i …nie szaleć! Łatwo powiedzieć, jak adrenalina wali uszami. Ruszam zbyt szybko i na pierwszym słupku obraca nas wkoło. Dłuuuugo trwa zanim pozbieramy się i już spokojnie przejedziemy trasę. Ale przynajmniej taryfy nie ma. Teraz na stadion, uświetnimy Dni Lubeni. Tu prezentacja naszych wozów i wręczenie pucharów. Nam udaje się zdobyć II miejsce. Małe zabytkowe autko zdobywa jednak nasze serca. Jest w nim coś, co nie pozwala zapomnieć…

|
|
Komentarzy:
2
|
|
Ochocho, ale fajnie, ale fajnie, ale fajnie…
25 czerwiec 2007
|
Jedziemy integrować się do Medyni Głogowskiej. Miłośnicy motoryzacji i nie tylko, zrzeszeni w klubie postanawiają tym razem powalczyć z kołem …garncarskim. Na zaproszenie pana Tadeusza ruszamy do zagrody garncarskiej. Krótka jazda autokarem i spragnieni integracji wysypują się przed starą chatą garncarza. Cała zagroda posiada jeszcze stodółkę, piec do wypalania gliny i wiatę, w której już czekają na nas proziaki z miodem. Po krótkim powitaniu rzucamy się na te egzotyczne dla niektórych wypieki. Część z nas zna je, choćby z domu babci.
Krótkie zwiedzanie chaty, oglądamy pomieszczenia, izbę kuchenną z piecem, stare sprzęty, naczynia, narzędzia. Teraz pora obejrzeć piec, to tu wypalana jest cała produkcja dzbanków, misek, waz i glinianych kubków. Przerywamy oglądanie, bo gospodarze wołają nas już na gorący bigos i zapiekankę z ziemniaków z boczkiem. Ta ostatnia właśnie ukończyła swój szlif na ognisku. Jest gorąco, nie bardzo nam się chce jeść, ale potrawy są smaczne, więc próbujemy co się da.
Za moment wychodzimy do prywatnego muzeum pani Władki. Cała chałupa zasypana jej wyrobami z gliny. Tu świątki, tu tematyka rolna, oracz, matka - polka z dzieciakami, za moment elementy patriotyczne, orły, krzyże i na szczęście niezależne koniki, owieczki i dzikie żabo-psy. Wracamy do zagrody, oj, nudzić się dzisiaj nie będziemy, gospodarz - garncarz uruchamia koło garncarskie i pokazuje jak kiedyś wyrabiało się gliniane cuda. Obserwujemy jego poczynania, na pierwszy rzut oka praca wydaje się prosta. Wystarczy ubabrać się gliną, złożyć rączki, uruchomić koło i dzbanuszek już sam rośnie. Nie ma lekko. Rzemiosła trzeba się nauczyć, by wyroby zachwycały potrzebna jest i odrobina talentu. Nie ma nic za darmo…
Teraz pora na nas, próbujemy działać wg wskazówek mistrza, jednak rezultaty są mizerne. Glina urasta w jakieś dziwne kształty, po prostu żyje! Jedynie w produkcji ucha do dzbanka Bożka wykazuje pewne uzdolnienia. Koniec pokazu, bobry czekają! Jedziemy do lasu, nad jeziorka, oglądamy żeremia bobrów, ich jamy oraz spustoszenia jakich dokonały w lesie. Setki drzew podciętych i zwalonych. Przydadzą się na tamę! Sprawdzamy wielkość wiórów leżących przy jednym z drzew - te zęby muszą być potężne. Spacer po lesie ożywia umysły, część z nas już bowiem znieczuliła się napojem o barwie bursztynu. Wracamy, na ognisku skwierczą kiełbaski, dobrze, że zdążyliśmy już trochę spalić kalorii. Rzucamy się na gliniane miski, nie obywa się tu bez incydentu. Porwana zostaje prywatna karkówka Józka - trudno, mógł sobie ją podpisać - a tak poległa na ołtarzu integracji… Józiu! Dzię-ku-je-my, mniam, mniam, mniam.
Nad zagrodą zbierają się czarne chmury, idzie burza. Gospodarz pomyślał o wszystkim, zamówił nawet błyskawice. Ściana deszczu oddziela nas w wiacie od otaczającego świata. Nie przeszkadza nam to. Ożywcza bryza chłodzi rozgrzane głowy. Pojedli, popili, to teraz pośpiewamy! Na pierwszy rzut idą przyśpiewki ludowe, dobrze, że mamy dwóch wodzirejów, którzy ciągną pierwszym głosem. My staramy się im wtórować. Nuta folkowa, lekko jazzująca, z rustykalnym wybrzmieniem i elementami bluesa i house-dance’u. Repertuar mamy szeroki, wchodzimy na rocka i piosenki zaangażowane. „Nie bede nie bede na piasku dawała” przeplata się z „Parostatkiem” i „Autobiografią”. W tym otoczeniu jednak przyśpiewki ludowe brzmią prawdziwiej, my ograniczamy się do akcentowania kolejnych zwrotek donośnym „hej”. My do nich: „Ech dziewczyno, ty mnie nie znasz, od Rzeszowa jestem bednarz”. Na to drugi stół z Józiem jako zapiewajłą intonuje „Wiła wianki rzucała je do falującej wody”. Repertuar mamy szeroki, lecz pora już wracać do domu.
Pakujemy się do autokaru, taskamy ze sobą samodzielnie zrobione dzbanki i miseczki. Jedziemy! W Stobiernej STOP! Józio zaprasza cały autobus do siebie. To jest gest! Wąskimi dróżkami dojeżdżamy ku celowi. Przypominają mi się kadry z filmu „Niespotykanie spokojny człowiek”, gdy cały autobus został porwany na wesele. A tu poczęstunek, pomidorki, wędlinka i okowitka. Nie zwlekamy, za moment strzemiennego i „nie płacz, kiedy odjadę”…

|
|
Komentarzy:
0
|
|
Wysłuchaj mojej pieśni, Panie…
21 czerwiec 2007
|
Breakout Festiwal w Rzeszowie. Wybieramy się tam z grupką znajomych posłuchać utworów wykonywanych kiedyś przez Mirę Kubasińską i Tadeusza Nalepę. To właśnie ich pamięci poświęcony jest festiwal. Impreza odbywa się w Rzeszowie, skąd pochodził Tadeusz i gdzie stworzone zostały zespoły Blackout i Breakout. Mira zmarła w 2005 r, Tadeusz w marcu 2007...
Odczucia w czasie koncertu mam ambiwalentne. Najpierw okazuje się, że nasze miejsca są usytuowane prawie pod stropem olbrzymiej hali, po prawej stronie. Skutkuje to tym, ze moje muzyczne ucho wyłapuje wszystkie dobiegają ze sceny dźwięki idealnie zmiksowane z pogłosem i echem. Nie rozumiem nic. W kakofonii dźwięku trudno zidentyfikować nawet melodię piosenki. Zaczynam się denerwować, w końcu męska decyzja: schodzimy na dół i ustawimy się w linii bazowej kolumn. Uff, odsłuch zdecydowanie się poprawia, na scenie Kasia Kowalska swoim mocnym głosem śpiewa piosenki Nalepy, zaraz potem Ewa Bem. Królowa polskiego jazzu w sposób porywający interpretuje „Kolorowe sny”. Kolorowe sny - pomaluj moje sny. Trwa ponownie, na bis.
Na scenę wpada zespół 1984. Podobnie jak Breakout to zespół rzeszowski, ich nazwa nawiązuje do słynnej powieści Orwella. Cóż, ich interpretacja utworów nie zachwyca mnie, co więcej, czuję się mocno poirytowany, drażni mnie styl wokalisty, jego egzystencjalne problemy i malowanie świata mrocznymi barwami. Na szczęście atak zaczynają młodzi. Jak wulkan na scenę wpada zespół Haratacze. Haratają nieźle, perkusja wali z częstotliwością CKM-u, gitary wyją, głośno jęczy bas. Aranżacja jest bardzo świeża, doskonale wpasowuje się w klimat Breakoutu, Dżemu, bluesa, brzmi jednak soczyście i dynamicznie. Publiczności też się podoba. Wokalista „leci” słowa piosenek z kartki - nie pamięta, czy to sceniczny zabieg aranżacyjny, zastanawiam się… Zespół jest laureatem I Breakout Festiwalu.
Teraz legenda spotyka się z legendą. Perfect i wszystko jasne. Żałuję, że zespół nie przedstawił choć jednego swego utworu. Rozumiem jednak przesłanie festiwalu - śpiewamy piosenki Miry i Tadka. Już od pierwszych taktów poznaje brzmienie Perfectu. To brzmienie gitar, charakterystyczna perkusja. To moja młodość, muzyka na której dorastałem. Cóż - może jestem zbyt młody, by duszą odczytywać piosenki Breakoutu - urodziłem się wtedy, kiedy powstał zespół. Zanim zacząłem rozumnie słuchać muzyki z Grundiga MK2500 blues i „mocne uderzenie” lekko przebrzmiało, ustąpiło pola muzyce rockowej lat 80-tych.
Za moment Paweł Kukiz łączy pokolenia. W rewelacyjny sposób śpiewa z zespołem „Annę”. To prawdziwy power play - tekst znają wszyscy, owacje na stojąco! Zblazowany Maciej Maleńczuk nie wywołuje u mnie zachwytu, choć śpiewa poprawnie i dykcję ma nienaganną. Gadowski przemija, bez rewelacji, zespół Nie-bo za to robi dobrą robotę.
Zbliżamy się do końca koncertu, jesteśmy nieco znużeni. Przed wyjściem z domu prosiłem żonkę, by nie brała torebki, dokumentów. „Będziesz skakać, wyluzujemy się”. Ech, inaczej zinterpretowałem nazwiska na plakatach, tu impreza okazała się zbyt melancholijna, taki krzesełkowy koncert. Na koniec legendarny Dżem i Józef Skrzek świetnie rżnie na harmonijce ustnej. Czwarta godzina imprezy - powoli opuszczamy pozycje i nie czekamy na Piotra Nalepę - syna Tadeusza i Miry Kubasińskiej. Wycofujemy się w noc…
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Ech, żeby czas był z gumy...
17 czerwiec 2007
|
Trochę odpuściłem sobie pisanie... Cóż, każdy dosłownie weekend zajęty, sezon rajdowy w pełni. Rzuca nas po Polsce, to Biecz, to Poznań, to Zamość. Powoli jednak szaleństwo przedwakacyjne się wypala - kolejne rundy mistrzowskie dopiero w jesieni. Pora złapać oddech. No nie, łatwo nie będzie. Jeszcze wyjazd na rajd pojazdów zabytkowych. Pojedziemy rodzinnie, dzięki uprzejmości "zabytkowego prezesa" będzie nam dane powozić jego fiatem multiplą z 1956 roku. Cała nasza rodzinka już się szykuje na ten wyjazd. Ostatnio dowiedzielismy się, że nasza Mama była wieziona do ślubu takim właśnie wehikułem.
A potem już wakacje. I kolejne szaleństwo. Gdzie pojechać? Z kim? Na jak długo? Nie dajemy się zwariować... Ten czas ma być dla nas. Na pewno coś wymyślimy. I nie musi to być miejsce odległe o tysiące kilometrów. Jednak biorąc pod uwagę temperatury, priorytetem staje się woda... Byle nie lała się z nieba... |
|
Komentarzy:
3
|
|
Nocni goście...
24 maj 2007
|
Agnieszka otrzymała jako prezent komunijny 3 złote rybki, aby zaspokoiły przynajmniej 9 jej życzeń. "Złote rybki" to lekka przesada, ale prawdziwe czerwono-złote karasie powędrowały do małego oczka wodnego, które w zeszłym roku wybudowałem w ogrodzie. Było malutkie, ale śliczne, z krystalicznie przezroczystą wodą. Trwało tak sobie samotnie, bez mieszkańców głębiny i strumyczka spadającego kaskadą do oczka. Po wpuszczeniu rybek sytuacja drastycznie się zmieniła, woda zakwitła glonami, zaczęła nieprzyjemnie śmierdzieć, pozieleniała ze złości... Rzuciłem się poznawać obcą mi do tej pory teorię stawu, zależności pomiędzy iloscią ryb, jakością roślin, głębokością oczka i fazą księżyca. Kto by pomyślał, że to wszystko ma takie znaczenie. Aby utrzymać rybki warte parę złotych w dobrej kondycji musiałem zainwestować 100-krotność ich wartości w stworzenie sztucznego płuco-serca stawu. W otoczeniu oczka pojawił się napowietrzacz z dwoma kamieniami, pompa z filtrem, zakwaszacz w postaci utopionego worka z torfem i cała plątanina przewodów, rurek i kabli. Wszystko pochwane pod kamieniami i w przygotowanych grotach. Powoli woda zaczynała się oczyszczać, wracała tak trudna do utrzymania równowaga biologiczna. Wymagało to dużo pracy i cierpliwości.
A dzisiaj wieczorem przyszła nagroda. Gdzieś z daleka, niewiadomo skąd, bo stawów i wody w pobliżu brak, przyczłapała wielka, śliczna ropucha. No, jak jej się tu spodobało to nie jest źle! Siedzieliśmy wszyscy cicho obserwując jej moszczenie się pod kamieniami. Zasugerowaliśmy Adze pocałunek żabci w paszczę, bo a nuż w królewicza się zmieni... Córa stwierdziła, że jak na razie to woli żabę!
Za parę chwil, stąpając cicho jak duch, przybył kocurek napić się wody z kaskady. Nasze towarzystwo miał głęboko w ...poważaniu. Zrobił co zamierzał i odszedł w mrok. Czyj był, do kogo należał? Może niezależny? Tylko oczy świeciły mu w mroku. Wyprężonym do granic możliwości ogonem pokazywał swoje zadowolenie...
Hmmm, od wczoraj nie mogę doliczyć się rybek... :-)

|
|
Komentarzy:
5
|
|
10 praw Arjano… dotyczących podróżowania (a może życia?)
22 maj 2007
|
Kilka praw, które są podstawą dobrej turystyki:
1. Nigdy nie trać okazji. 2. Zawsze miej dobrą, aktualną mapę. 3. Utrzymuj samochód w perfekcyjnym stanie technicznym. 4. Zabieraj ze sobą wyłącznie wspomnienia, pozostawiaj tylko dobre wrażenie. 5. O ile to możliwe przygotuj posiłek przy ognisku. 6. Bądź niezależny, sam planuj swoje podróże. 7. Uważaj na złudne pozory, bądź dociekliwy. 8. Odpoczywaj aktywnie, nie będziesz miał czasu na nudę. 9. Pamiętaj, że najmniej znane są najbliższe okolice. 10. Zatrzymuj się kiedy chcesz, nie kiedy musisz.
i bonus: Nie staraj się dowiedzieć, co to jest „All inclusive”…
|
|
Komentarzy:
4
|
|
Krakowskie Jaworzno...
22 maj 2007
|
Wyruszamy do Krakowa na kolejną edycję rajdu "Tour de Jaworzno". Edycję oryginalną, gdyż zamiast jazdy nawigacyjno-turystycznej wokół Jaworzna, pomykać będziemy gokartami na krakowskim torze Daytona. Odstawiamy swoje wozy i przesiadamy się na małe wózki, które dostarczają niemniej emocji. Na początek jazda treningowa. Wkładam kask. Łatwo się pisze: wkładam. W zasadzie walczę z nim dobrych kilka minut - kask nie przechodzi przez głowę z założonymi okularami. Nie ma szansy wcisnąć też okularów na oczy z założonym już kaskiem. Próbuję ruchem konika szachowego i udaje się. Teraz zająć miejsce w karcie. Tu ruchem wężowym posuwisto-zwrotnym wślizguję się za kierownicę. Trzymam ją tuż przed sobą, no, ergonomicznie nie jest, ale damy radę. Z zazdrością patrzę na wychudzonych konkurentów, choć i oni nie mają lekko, ja nie wcisnąłem się całkowicie w fotel, oni latają na zakrętach z jego lewej strony na prawą. Jak w życiu - coś za coś. Mam słaby stosunek mocy do masy, ale za to doskonałą przyczepność. Rozgrzane sliki nie pozwalają opuścić toru, szybkie kontry wyciągają z jakże efektownych ślizgów. Efektownych, ale nie efektywnych. Kręcę słabe czasy. Zmieniam taktykę, staram się jechać na okrągło, wyznaczając najlepszy tor jazdy. Przynosi to efekty. Pierwsze okrążenia jechałem z wciśniętym do dechy gazem, o hamulcu zapomniałem. Dawało się utrzymać w torze, dzięki kontrolowanym poślizgom, lecz kręcenie kierownicą bez wspomagania było bardzo ciężkie. Niewygodna pozycja, szerokie opony i pod koniec biegu brakowało siły na skręcanie. Trzeba było odpuścić gaz.... Wynik, jak można się było spodziewać rewelacyjny! Otwieram klasyfikację... trzeciej dziesiątki. Dwudziste trzecie miejsce na trzydziestu startujących. Można zatem się wyluzować i czerpać całą przyjemność z jazdy. W kolejnym biegu dostaję niestety wolnego rzęcha - czuję różnicę. Kart po prostu nie jedzie... Duszę gaz, powoli nabiera obrotów, każde przyhamowanie powoduje konieczność mozolnego rozpędzania się. Ufff, meta. Ostatnia kwalifikacja, dostaje mi się kart z numerem 4. Ten idzie jak burza. Przez pierwsze kilka okrążeń prowadzę w grupie, potem wyprzedza mnie doskonale jadący Michał. Dobrze, że nie dostaję się do finału. Tam jazda na silniejszych kartach, a mi mięśnie rąk zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Efekt 24 minut jazdy pełnym gazem po torze. Organizator częstuje pączkami, po to chyba, abym na następnej imprezie nie wszedł wcale w fotel. Miły gest - jazda możliwa dla osób towarzyszących i dzieciaczków. Malusińscy dumnie na kolanach tatusiów wykonują kolejne okrążenia. Jest fajnie... Wręcznie nagród, żeganamy się z przyjaciółmi. Przed nami Kraków... |
|
Komentarzy:
0
|
|
Widziałem orła cień...
14 maj 2007
|
W niedzielny ranek wychodzę przed dom. Zauważam, że na maskę naszego sreberka trzewia swoje wypróżniło jakieś ptaszydło. Kupy są ogromne, rozległe, świeżutka dostawa, ba, prawie ciepłe jeszcze. To dobrze, szorowanie zaschniętych takich powierzchni mogłoby trwać wieki. A tak, szast prast, woda, szmatka i na sucho wyciągam papierowym ręcznikiem lakier maseczki. Miodzio. Czysto, sucho, pewnie... Zastanawia mnie, czy te kupy mają jakieś metafizyczne znaczenie. Np. osrany 3-krotnie samochód posiadać - szczęście mieć wielkie będziesz, trafisz trójkę za 16 zł w lotto. A Wy jak sądzicie?

|
|
Komentarzy:
4
|
|
Piwo we włosach...
13 maj 2007
|
Dzisiaj Aga ma Komunię. Kończą się ostatnie przygotowania i za moment wychodzimy. Wszystko zapięte na ostatni guzik, ale wczoraj był sądny dzień. Mnóstwo pracy, ja z Miłkiem szykowaliśmy ogród, przystrzygliśmy żywopłot, skosiliśmy trawę i pięknie pozamiataliśmy chodniki wokół domu. Babcia nakupiła pół samochodu kwiatów, które potem znalazły swoje miejsce w donicach, skrzynkach i na rabatach. Zrobiło się kolorowo. Odbudowałem jeszcze pergolkę dla clematisu, który targany ostatnimi dniami przez zimne wiatry wyłożył się jak długi na ziemię. Teraz ma podporę taką, że nawet halny go nie wyrwie...
W międzyczasie Bożka szykowała chałupę na przyjęcie gości, pomagała jej w tym dzielnie Marysia, która zawsze jej pierwsza do pracy. Aga w tym czasie przygotowywała się duchowo do uroczystości. Należało jednak i zadbać o fizys. W samo południe udały się z mamą do pierwszego w życiu fryzjera, który odszykował fryzurę jak ta lala. Aga wróciła do domu dumna, na głowie miała siateczkę, utrzymująca na pozycji dziesiątki wałków. Loki będą piękne... Po wysprzątaniu altany, wyniesieniu starego popiołu z paleniska, odkurzeniu ław i stołu popadliśmy z Miłoszem w błogie odrętwienie. Bolało nas wszystko, co znaczyło, że jeszcze żyjemy. Postanowiłem się ratować. Lekarstwem miało być zimne piwko, kóre rano przezornie włożyłem do lodówki. Nie ma nic lepszego niż chłodny Ż... wieczorną porą, po wyczerpującej robocie... Z lekkim zdziwieniem przyjąłem wiadomość, że "tata, nie ma piwa w lodówce!" Niemożliwe...
I wtedy odkryto przede mną straszną prawdę: Piwo zostało użyte przez fryzjera na włosy Agi. Loki w końcu mają się porządnie trzymać"...
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Wrota mojej biblioteki…
09 maj 2007
|
Zaproszony przez Rustikę do przedstawienia swoich 5 ulubionych lektur popadłem w lekką panikę. 5? Tylko 5? Może 10, albo lepiej 20? Pięciu nie wybiorę na pewno. Nie da się. Zawsze pominę coś ważnego dla mnie, jakąś książkę, dziełko, a może nawet dzieło? Jakie kryteria przyjąć? Może takie, że jest to książka do której wracam, którą znam prawie na pamięć, którą po prostu lubię. A może podać te, które wpłynęły na moje postrzeganie świata, które wskazały drogę, pomogły w życiu? Precz z żartem, że książeczka oszczędnościowa, kucharska i telefoniczna. Choć i te się przydawały…
Zacznę od „Wielkiego solo Antona L.” Herberta Rosendorfera, powieści, której nie znosi moja żonka, gdyż widuje mnie z nią nazbyt często.
„Jak można stale, od lat, czytać to samo?” – pyta.
No właśnie… Można, i stale odkrywać coś zaskakującego. Świetny literacki żart, to opowieść o Księdze Doskonałej – Summie Sum przedstawiona na kanwie przeżyć urzędnika skarbówki, który… pewnej nocy pozostał sam na świecie. Cywilizacja powoli się rozpada a człowiek walczy z pytaniem, dlaczego właśnie on?
„Trzech Panów w Łódce (Nie licząc psa)” Jerome K. Jerome wpłynęła na mój dystans do otaczającego świata, zapewne nieświadomie przejąłem styl żartów, dowcipu XIX wiecznego autora. Nic nie stracił dwa wieki później, ba, zyskał wiele, jest doskonałym przykładem tego, że śmiejąc się, także z siebie, człowiek przeprowadza higienę umysłową. A nic nie cieszy bardziej niż czysty umysł… Książkę ta musi dla mnie wiele znaczyć, skoro to właśnie ją przekazałem żonce, gdy leżała na zamkniętym oddziale położniczym po urodzeniu naszej córy. Na jej stronicach popisałem wiele przesłań, wśród nich jedno proste „dziękuję…”.
Sobiesław Zasada „Moje rajdy”, książka, którą czytam wszędzie, przed snem, w wannie, przy kolacji. Stale i nałogowo. To od pana Sobka przejąłem styl narracji w swoich pisanych relacjach czy pseudo-reportażach z imprez. Zawsze Mu zazdrościłem, jest moim wielkim wzorem, na szczęście udało i mi się odnaleźć rajdową pasję i mam możliwości jej zaspokajania. Pisze prosto, ze szczegółami, w czasie teraźniejszym. Czytać Jego książkę to tak, jakby jechać z nim na prawym fotelu…
Francis Clifford, jego powieści mam całą biblioteczkę. Każdy z jego bohaterów musi stanąć przed Próbą – czy wyjdzie z niej zwycięsko? Zależy od niego… Stawiam na „Polowanie”, w odwodzie pozostawiając „Żegnaj, Grosvenor Square”. Na koniec lektura lekka i przyjemna, ale jakże głęboka. Co łączy Polskę z Izraelem? Wypaczona do granic przyzwoitości „szara rzeczywistość”, absurdy życia, durni politycy, durne prawo oraz przepisy i my, szarpiący się pomiędzy tym wszystkim „obywatele” swojego kraju. Ephraim Kishon w „Abraham nic tu nie zawinił” rozprawia się z durnotami, a ja go za to kocham…
Zapraszam do zwierzeń na temat pięciu ksiąg, ważniejszych niż inne: MartęDeco, Arkadięęę, Oldskarabeusza, Szwedda i podróżującego Piotra, ale czy przerwie na moment swą podróż? :-)
|
|
Komentarzy:
5
|
|
Przydrożne krzyże…
08 maj 2007
|
Symbole Beskidu, historii mieszkańców tych ziem. Wędrujac po Beskidzie Niskim najczęściej widzieliśmy kamienny krzyż z trzema belkami. Krzyż ten w religii prawosławnej i greckokatolickiej nazywany jest krucyfiksem. Do dużego, środkowego ramienia krzyża przybito ręce ukrzyżowanego Chrystusa, mała beleczka nad nim to symbol tabliczki z napisem Jezus Nazarejczyk Król Żydowski. Taki napis pojawił się, na rozkaz Piłata i miał świadczyć o winie skazanego. Charakterystycznym jest, że nogi Chrystusa przybite są nie jednym gwoździem, lecz dwoma, każda noga osobno. Taki wizerunek posiada tradycja prawosławna. Nieistniejąca także w katolickim krzyżu belka dolna służyła dla nóg ukrzyżowanego. Nie jest ona jednak pozioma, lecz jeden jej koniec wskazuje niebo, gdzie udał się dobry łotr, zaś drugi piekło, miejsce dla nieskruszonego łotra... Dowiedzieliśmy się tego od naszego gospodarza Łemka.
Ocalić ślady pamięci… Krzyże, cmentarze są świadkami historii. Następstwami czystki etnicznej, jaką była akcja „Wisła”, były wysiedlenia z Beskidu ludności łemkowskiej, ukraińskiej oraz celowe niszczenie ich dziedzictwa kulturowego i materialnego. Odwiedzając nieistniejące dziś wsie widzieliśmy puste, zdziczałe doliny, zarośnięte drzewami i krzakami. Owocowe drzewa, przydrożne krzyże oraz cmentarze, zaświadczają jednak, że kiedyś tętniło tu życie, są one jedynymi śladami, że w tych okolicach przez stulecia żyli ludzie.
Warto zainteresować się ginącymi śladami pamięci… Na szczęście są ludzie, którzy zajęli się remontem i odbudową krzyży oraz cmentarzy. Połączeni w stowarzyszeniach, nieformalnych grupach młodzi ludzie różnych wyznań i narodowości, pracując społecznie, wspólnie poznają różne kultury. Pracują obok siebie Polacy, Łemkowie, Słowacy, Ukraińcy. Organizowane są letnie obozy i warsztaty, których celem jest ratowanie, inwentaryzacja i dokumentacja sztuki sepulkralnej, krzyży i przydrożnych kapliczek. Terenem działań jest obszar zamieszkiwany pierwotnie przez Łemków, Bojków, ale także Żydów, Polaków, Cyganów czy Niemców.
Przywracanie dawnej świetności pozwala ją zachować dla kolejnych pokoleń. Nas cieszy to, że zainteresowanie, chęć poznania, zwiedzanie i współistnienie kształtuje postawy dalekie od nienawiści, ksenofobii czy zwyczajnego niezrozumienia. Jeździmy z dziećmi, starając się zaszczepić w ich kształtujących się dopiero świadomościach ciekawość świata i brak uprzedzenia. Turystyka i poznawanie jest apolityczne, nie głosi żadnej jedynie słusznej wizji historii, nie niesie przesłań wybranego kultu, nie jest inspirowane religią, a odwołuje się do tego co proste, wrażliwości na piękno, fascynacji różnorodnością, przyrodą i możliwością współistnienia tego, co zdaje się być konfliktowe...
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Сонце світит и небо є ясне - słońce świeci i niebo jest czyste...
08 maj 2007
|

To były wspaniałe dni. Wraz ze znajomymi wybraliśmy się do Gładyszowa, gdzie czekała na nas stara, łemkowska chyża. W chałupie tej rozgościliśmy się na kilka dni, stając się jej jedynymi gospodarzami. Odwiedziliśmy tajemnicze tereny Beskidu Niskiego samochodem, rowerem i na piechotę. Poznaliśmy opuszczone doliny, w których niegdyś tętniło życie. Teraz jedynie zarośnięte ziemne piwniczki, kamienne, przydrożne krzyże i zdziczałe ogrody znaczą miejsca, gdzie przed akcją „Wisła” żyli Łemkowie. To już 60 lat, kiedy wypędzono ich z ojcowizny, przeniesiono na Ziemie Odzyskane. Cześć wróciła. Wsłuchiwaliśmy się w słowa opowiadań, czytaliśmy przewodniki, staraliśmy się choć trochę poznać Łemkowynę… Nierozerwalnie z tym terenem związane są drewniane cerkiewki, kościółki, tu przeplatają się wiary grecko i rzymskokatolicka oraz prawosławna. To tu, w Beskidzie Niskim miały miejsce zaciekłe walki podczas I wojny światowej. Znakiem tego pozostało 400 wojskowych cmentarzy, wiele z nich dziś zapomnianych i zniszczonych… Beskid - miejsce urocze i zachwycające przestrzenią, wonią ogniska i spoconego huculskiego konia, zielenią połonin i różnorodnością lasów. Zawsze kojarzyć się nam będzie ze smakiem pieczonego na grillu pstrąga, pieczarek, ostrością buncu i żętycy otrzymanych w szałasie pasterzy owiec. Także z wysiłkiem pokonania długich wniesień, wspaniałych widoków, prostych, życzliwych ludzi i wolności. Oby nigdy nie powróciły czasy, kiedy tej wolności brakowało…
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Byłem pacyfistą…
08 maj 2007
|

Zawsze wydawało mi się, że karabiny, strzelby, rewolwery i inna broń palna jest „be”. Do ostatniej niedzieli kwietnia… Wtedy stwierdziłem, że z gazowym markerem można przeżyć niezapomnianą przygodę. Na zakończenie samochodowego rajdu turystycznego „Wiosna ‘2007” organizator przygotował nie lada atrakcję - strzelanie z łuku oraz paintball. Po raz pierwszy uczestniczyliśmy z Młodym w takiej imprezie. Strzelanie z łuku do tarczy zaliczyliśmy szybko, aby tuż po posiłku udać się w ostępy leśne i zaciągnąć się do regularnej armii. Kłopoty były z Miłoszem, jako nieletni musiał uzyskać zgodę taty na udział w strzelaninie. Uzyskał, a jakże, takiej okazji nie odpuścimy! Przebieramy się w kombinezony moro, na głowę zakładamy plastikowe maski z goglami. Fasujemy po markerze, którego niektórzy zwą „gunem” i 100 kulek z barwnikiem. Barwnik nie jest farbą, to substancja spożywcza, która rozkłada się w 24 godziny w naturze, a z ubrań i ciała można ją łatwo usunąć wodą. Dzielimy się na 2 drużyny, „żółci” będą naszymi wrogami. Pora ich „zlikwidować”… Niestety, łatwo nie jest, im chodzi o to samo. Kule świszczą niczym na filmie, kryjemy się za drzewami, w krzakach, wskakujemy do leśnych dołów. Próbujemy ich otoczyć i zajść od tyłu. Na polu walki pierwsze ofiary, jeden z naszych dostał prosto w gogle, pomarańczowa plama przesłania mu świat. Panu już dziękujemy!
Stoję spokojnie, widzę skradającego się przeciwnika. Czekam, niech podejdzie bliżej. Ale i mnie ktoś wypatrzył. Pomarańczowe kręgi znaczone są na pobliskich sosnach, ale wali! Padam na igliwie, przeczołguję się do ziemnego uskoku, przede mną widzę linię wyrywanej ziemi, która zbliża się do mnie, teraz metr przed nosem i … uskakuję w bok. W miejscu, gdzie leżałem rozbija się pomarańczowy pocisk. Teraz zza drzewa ja posyłam serię ku przeciwnikowi znacząc kolorowo jego kombinezon. Schodzi z pola. Udało się wygrać! Zaczynamy drugą zabawę, w zdobywanie flagi. Tym razem wróg nas zaskoczył szybkim atakiem. Jeden z żółtych błyskawicznie pobiegł do miejsca ulokowania flagi i wyrwał nam ją, nawet nie zdążyliśmy się ruszyć. Ostrzał ochronny mieli wspaniały, wielu z naszych poległo. Miłosz dostał w nogę i maskę. „Piecze tata, ale gramy dalej”. Mi odstrzelili karabin, no jak można? Bawimy się jeszcze jakiś czas i po wystrzeleniu zapasu kulek kończymy manewry. Wszyscy umorusani, poznaczeni kolorowymi plamami, spoceni, ale warto było! Zabawa doskonale odstresowuje, pozwala zapomnieć o problemach szarej rzeczywistości, daje dużo radości i skoków adrenaliny. Zasmakowaliśmy w nowej formie rozrywki, kiedy następny raz?
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Krokusowo wyjazdowo...
27 kwiecień 2007
|
Brat wrócił z Tatr. Pojechali rodzinnie oglądać krokusy w dolinach. Dzisiaj podesłał mi zdjęcie, które mnie zauroczyło. Fioletowy dywan na hali, a w tle białe jeszcze szczyty Tatr. Popodziwiajcie!

Dobrze, że dzisiaj już piątek, nasza wyprawa w Beskid Niski rusza już na początku tygodnia. Mapy kupione, przewodniki przeczytane, fora internetowe przegrzebane do podszewki. Rowery po przeglądzie, jutro zakładam na samochód bagażnik dachowy. Bazę mamy zaklepaną w Gładyszowie, w starej łemkowskiej chyży. Czekają na nas szlaki Magurskiego Parku Narodowego, Radocyna, Nowica, Bartne, Pętna, Wapienne, cerkiewki, krzyże przydrożne, kapliczki, zielone doliny. No i to, co Bożkę najbardziej interesuje - wojskowe cmentarze z okresu I wojny światowej. Jest ich na tym terenie ponad 400! Projektowane przez Dusana Jurkowicza w stylu starosłowiańskim, o charakterze grodów, wieżyc, warowni i Hansa Mayra surowe w stylu, lecz pełne wyrazu kamienne masy, wyniosłe krzyże i ogrodzenia cmentarzy.
W rozstrzelanej chacie Rozpaliłem ogień Z rozwalonych pieców Pieśni wyniosłem węgle Naciągnąłem na drzazgi gontów Błękitną płachtę nieba Będę malował od nowa Wioskę w dolinie
Święty Mikołaju Opowiedz jak tu było Jakie pieśni śpiewano Gdzie się pasły konie
A on nie chce gadać Ze mną po polsku Z wypalonych źrenic Tylko deszcze płyną Hej ślepcze nauczę swoje Dziecko po łemkowsku Będziecie razem żebrać W malowanych wioskach
Ballada o Św. Mikołaju Andrzej Wierzbicki
Już się cieszę na ten wyjazd, wszystkie sprawy idą nad wyraz sprawnie, gdy ma się w najbliższej perspektywie taką atrakcję.
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Etylina we krwi...
25 kwiecień 2007
|
Wiele osób mnie pyta, jak to jest, że skoro mam etylinę we krwi, zaś te śmierdzące czterokołowe potwory są moją pasją, kocham rajdy, kurz, pisk opon, wrzaski kibiców to potrafię docenić stary zamek na wzgórzu, różową sasankę, ognień ogniska i ciszę lasu… Ależ to się wcale nie gryzie! Przynajmniej we mnie. Samochody dla mnie nie są tylko środkami do przemieszczania się z miejsca na miejsce. Wielu dziwię takim podejściem do aut. Dbać, pucować, kochać? Tak, lubię mieć auta z duszą, nie koniecznie drogie i nowoczesne, ale takie, które wyróżniają się w jakiś sposób, które żyją i dają satysfakcję z ich posiadania. Często nie są praktyczne, mają swoje wady, są drogie w utrzymaniu. Ale sprawiają frajdę. Nie mogę mieć dziesięciu samochodów, choć marzę o tym. Każdy stałby na swoim miejscu w przepastnym garażu. I służyłby innym celom. Jednym można byłoby się wybrać na rajd, innym w teren bądź na romantyczną, dostojną przejażdżkę. Zapakować Rodzinkę i w drogę. Na razie mam jeden ulubiony wozik. Lubię nim jeździć, ta jazda sprawia mi ogromną satysfakcję. Trzy literki: CRX. Hondziawka, która nie zawodzi. O którą bywa zazdrosna żonka… A przecież ma swojego wyrobnika. Nowoczesnego, praktycznego, standardowego i popularnego :-) Nasza honda obwiozła nas po świecie, pozwalała wygrać szereg imprez, zawozila w najdalsze, tajemnicze miejsca. Robi za ciężarówkę, wóz terenowy, rodzinny. Teraz może odpocznie, chcę bowiem sprawić jej towarzysza. Ten to będzie miał rogatą duszę. Amerykańską. A co, raz się żyje…
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Zielono mi…
24 kwiecień 2007
|
Sobota rano, wstajemy wcześniej. Jutro wyjeżdżamy, więc dzisiaj trzeba obrobić trochę swoje „hektary”. Wiosna nie czeka, trawa rośnie jak szalona, maliny puściły pąki już dawno, kwitną na biało wiśnie i czereśnie. Nawet stara śliwa nie chce być gorsza… Na pierwszy rzut idą paliki do malin. Po latach wypaczeń, kiedy słupki robiłem z byle czego, z tego, co znalazłem pod ręką, teraz pora na zimny profesjonalizm. Słupki z zabezpieczonego ciśnieniowo drewna, w ocynkowanych kotwach stoją jak przymurowane, rozpięte druty z pewnością utrzymają ciężar zieloności z późniejszą czerwonością.
Miłosz pomaga w koszeniu trawy, idzie mu to super sprawnie. Agnieszka babcinym sitkiem cedzi powierzchnię wody z oczka. Zeszłoroczne resztki liści nie wyglądają urzekająco, zielono-brunatny szlamik trochę wonieje. Modyfikujemy plan, dzisiejszym priorytetem zmiana wody w oczku. Nie jest duże, ale wypompowanie wody trwa ponad 2 godziny. Wkoło robi się mokro, podlane są już najbliższe rośliny, najważniejsze, że widać już suche dno. Czyścimy kamienie, wybieramy liście i wreszcie pora na napełnianie świeżą wodą. Zniecierpliwione wróble skaczą po kamieniach, no jak mają dosięgnąć wody 1,5 m niżej? Cierpliwości, montuję pompę kaskady i oświetlenie. Gotowe, woda zaczyna krążyć w zamkniętym obiegu. Ale przejrzało...
Bożka siedzi od rana na szkoleniach językowych, jak wróci to się zachwyci :-) Mija 16:00. Zaczynamy powoli tracić zainteresowanie sprzątaniem, pora na nagrodę. Rozpalam w altanie ogień i zapach smażonych kiełbasek rozchodzi się po ogrodzie. Dzieciaczki stwierdziły, że po dniu pracy fizycznej teraz pora na umysłową. Rozpoczyna się mecz. Ja z Agą kontra Miłosz. Mama jeszcze sieje łąkę kwiatową. Wg młodych futbolistów mecz jest typowo intelektualną rozgrywką, bo „trzeba myśleć tata, by ci nie strzelili gola”. Wybieram stanowisko bramkarza, wymagające dynamizmu, szybkich zwrotów, rzutów i poświecenia. Kiełbaski powodują, że aż mnie rozpiera energia, skakać, skakać, rzucać się! Nie? Noooo, macie rację, nie bardzo... Staram się ustawić więc godnie na bramce tak, by zająć całym swoim jestestwem praktycznie połowę światła bramki. Niech trafiają! Idzie nam świetnie, mój napastnik zdobył już 3 gole. Prowadzimy. Zwycięstwo nie trwa jednak długo, po zmianie bramki Miłosz ładuje nam kilka piłek. Sprzedaję się do drugiej drużyny, w kontrakcie zaznaczam, że po zakończonym meczu tata ma być ulokowany w altanie, zaś jako napój zwycięstwa podane ma być piwo. Córa protestuje, że w czasie trwania meczu nie może być mowy o transferach. W ramach zadośćuczynienia przekazujemy jej klubowi pocałunki w czoło. Zostają przyjęte.
Uczcie się od nas, włodarze PZPN-u!
Zapada wieczór, odwiedzają nas zwierzaczki, ptaki piją wodę, koty włóczęgi snują się po zapachach kiełbasek, nad ranem przytupta jeż...

|
|
Komentarzy:
4
|
|
Autostrada do nieba…
20 kwiecień 2007
|
Ponieważ musimy szybko dojechać na rajd organizowany na Śląsku wpadamy na „najdogodniejsze połączenie drogowe między Katowicami a Krakowem”, jak to określa firma Stalexport Autostrada Małopolska S.A. – koncesjonariusz tego fragmentu A4. Płacimy 6,5 zł na pierwszej bramce w Balicach, tyle samo zedrą z nas na punkcie poboru opłat w Mysłowicach-Brzęczkowicach. Spieszymy się, bierzemy kupon i w długą! Rozpędzamy się do granic obowiązującego tutaj ograniczenia 130 km/h, ale nie dane nam jest długo utrzymywać tej prędkości. Ograniczenie do 100 km/h, za moment do 80 km/h, pas przenoszą nam na lewą jezdnię, suniemy poniżej 60 km/h w sznurze samochodów. Za moment znowu przeskok na jezdnię prawą i odwołanie ograniczenia. 5 minut komfortowej jazdy i znowu biało-czerwone słupki wyznaczają wąski pas jazdy. Ograniczenia te związane są z remontami obiektów mostowych oraz modernizacją nawierzchni autostrady. Będą się pojawiały średnio co 10 kilometrów. Udręka trwa... Fragment tej płatnej drogi powstawał prawie 20 lat, od lat 70-tych, przez 80-te i 90-te. Remonty wloką się od wielu lat. Od dwóch uniemożliwiają praktycznie traktowania tego odcinka jako „przyspieszenia”. Dodatkowo cena za przejazd stale rośnie, im więcej słupków na asfalcie tym wyższe opłaty. Zarządca nie ma zamiaru wprowadzić „bonusa” w formie obniżki ceny za uciążliwości. Po co, skoro kierowcy i tak płacą... Aktualny remont rozpoczęty 11 kwietnia potrwa 6 tygodni, zapewne potem remontowane będą kolejne mosty. Kompletna modernizacja ma zakończyć się w 2009 roku, zaś w 2010 r. rozpoczną się z kolei roboty budowlane z zakresu ochrony środowiska. Życzę cierpliwości!
Odcinek autostrady ma 61 km, w tym między bramkami „aż” 49. Polska w 2012 r. ma być organizatorem Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Setki tysięcy kibiców zechcą w tym czasie przejechać w osi Wrocław - Kijów. Rząd obiecuje wybudowanie setek kilometrów dobrych autostrad. Pieniądze mają być. Życzę Polsce, by się udało, chciałbym, by moje dzieci mogły jeździć z Rzeszowa „w Polskę” autostradą. Może chociaż tyle Polska B (a może już C) skorzysta z okazji EURO ’2012. Choć przypatrując się sytuacji na A4 mam wątpliwości...

|
|
Komentarzy:
4
|
|
Blog reaktywacja...
19 kwiecień 2007
|
Udało się! Po kilkudniowej blokadzie, niczym Feniks z popiołów blog wstaje, otrzepuje się i będzie towarzyszył Wam dalej. Czy tego chcecie czy nie :-)
Dla wątpiących w kraj swój, w którym przyszło im żyć, dociekającym dlaczego cenzura interweniuje, po co monitoruje się blogi i blokuje je odpowiadam, że jeszcze na to nie czas. Taką mam nadzieję, że pomimo wszelkich oznak czas taki nigdy nie nadejdzie. Choć kto wie... Prozaiczne problemy techniczne wycięły blog, a automat, który niczego nie widział wywalił info o blokadzie przez administartora... Stąd cały ten cyrk. Najważniejsze, że dzięki staraniom Pań z Interii (ukłony) udało się całość odzyskać. Dziękuję wszystkim zgłaszającym mi blokadę, współczującym i łączącym się "w bólu", nie wiedziałem, że tak żywe jest zainteresowanie tym, co piszę. To miłe, dzięki Wam mam motywację do dalszej bazgraniny :-) |
|
Komentarzy:
0
|
|
Piwo na kopcu...
18 kwiecień 2007
|
|
"Postanowił naród uczcić pamięć Kościuszki pomnikiem trwałym a prostym. Zdecydowano w Krakowie wznieść symboliczną mogiłę za pomnik dla naczelnika, z czystej ziemi i głazu krajowego, na wzór prehistorycznych, spowitych w legendy krakowskich kopców Kraka i Wandy"
Jedziemy na samochodowy rajd turystyczny do Kędzierzyna - Koźla. Po drodze postanawiamy odwiedzić jeszcze Kopiec Kościuszki w Krakowie. Szczyt widać z daleka, nie mamy żadnych trudności z nawigacją. Po kilku minutach parkujemy u podnóża wzgórza Sikornik, przy parku. Jest gorący, słoneczny dzień. Kopiec został usypany na kształt istniejących w Krakowie od prawieków kopców: Krakusa i Wandy. Stawiano je za wzór trwałości i niezniszczalności, podkreślano, że zostały one wzniesione wspólnym wysiłkiem całego ludu, i że takiej budowli nie zdołają obalić wrogowie. Budowę zakończono w 1823 r., kopiec miał 80 m średnicy podstawy, na jego szczycie umocowano granitowy kamień. Próbujemy się do niego dostać, pokonujemy liczne stopnie parkowych schodów. Uff, doszliśmy do otaczających kopiec pierścieniem fortyfikacji. Teraz tylko kupić bilet i w górę. Kopiec góruje nad wzgórzem 34 m, przed atakiem na jego szczyt zwiedzamy wystawę kościuszkowską i lekko wyczerpani przysiadamy na ławce kawiarenki. Królestwo z kopcem za łyk zimnego piwa! Piwo jest, obserwuję co wyrabia z nim podczas nalewania do kufli pracownik kafejki. Kombinuje, przelewa pianę z kufla do kufla, zbiera ją łyżką, przelewa złocisty napój do kolejnego kufla. Piwo pieni się złośliwie… Czekam. Moja cierpliwość wystawiona jest na wielka próbę. Piwo zimne pewnie, orzeźwiające. Ale takie dalekie i nieosiągalne. Może zrezygnować i zamówić butelkowe? Wtedy pewnie właściciel padnie trupem z pianą na ustach. Wreszcie jest! 0,3 l złotej ambrozji. Feee, ciepłe, odgazowane, jakieś takie wymiętoszone. To nie było to , co tygrysy lubią najbardziej. Zrywamy się i opasującymi kopiec wkoło ścieżkami wchodzimy na sam szczyt. Obserwuję typowo polską szkołę zabezpieczania wartościowych rzeczy przed turystą. Eksponowane armaty otoczone są sznurkiem, nawet nie gustowną, plecioną liną z metalowymi skuwkami, lecz bieliźnianym powrozem. Zapewne, aby nikt czasem nie mógł ich dotknąć. Ile razy obserwowałem za granicą turystów robiących sobie zdjęcia przy działach, siadających na lufach. U nas nie wolno! Narodowa kopia działa! Może się pobrudzić. W identycznie, polski sposób zabezpieczone są „skróty” przy skrzyżowaniach ścieżek. Aby turyści nie skracali sobie drogi przez trawę na kopcu i ściany okolicy skrzyżowań ścieżek otaśmowane są biało-czerwoną taśmą. Niby kolory patriotyczne, ale całość wygląda, jakby była miejscem morderstwa i polem operacyjnym policji kryminalnej ew. placem budowy. Cud , miód , malina. Zapewne istnieją turyści pozbawieni elementarnej wiedzy, że chodzi się ścieżkami a nie przez trawę, ale sposób na ich edukację powinien przyjmować inne formy. Wędrujemy ku górze, wysokość się zwiększa, kopiec pozbawiony jest poręczy, co niektórzy łapią się kurczowo trawy na trawersie wewnętrznym. Za nic nie podejdą do krawędzi - lęk przestrzeni. Docieramy do platformy widokowej na szczycie kopca. Przed naszymi oczami otwiera się wspaniały, wielokilometrowy widok. Pogoda sprzyja obserwacjom. Czytamy w przewodniku, że na skutek potężnych ulew w 1997 r. kopiec uległ poważnemu uszkodzeniu. W skarpach pojawiły się pęknięcia i osuwiska mas ziemi. Bruk ścieżek popękał, platforma widokowa na szczycie przechyliła się. Cała bryła kopca od wierzchołka zaczęła rozpadać się pękając na pół. Rozpoczęto remont, przez lata odnowiono kopiec kosztem prawie 15 mln złotych. Przy odbudowie zastosowano nowoczesną geotechnologię i materiały sprawdzone w warunkach sejsmicznych i osuwiskowych. Kopiec stał się może trochę zbyt sztuczny, ale nadal zawiera ziemię z polskich pól bitewnych przynoszoną tu przez całe społeczeństwo.
A skoro ma być znany i następnym pokoleniom… to trochę techniki nie zaszkodzi.

|
|
Komentarzy:
0
|
|
Tyniec kontra Bielany czyli Benedyktyni vs Kameduli...
16 kwiecień 2007
|
"Jeśli przybywa obcy mnich z dalekich okolic i chce jako gość mieszkać w klasztorze, a spodobają mu się miejscowe zwyczaje i nie będzie wnosił do klasztoru niepokoju przez swoje nadmierne wymagania, ale zadowoli się po prostu tym, co zastanie, można go przyjąć na tak długo, jak tego pragnie" (Reguła św. Benedykta)
Jest słoneczna sobota. Postanawiam ostatecznie zerwać z topograficzno- geograficznym błędem, jaki tkwił we mnie od dłuższego już czasu. Podczas wielokrotnych wyjazdów z Rzeszowa na zachód, mknąc autostradą A4 w okolicach Krakowa widywaliśmy prawie jednocześnie dwa obrazy. Pierwszy z nich to wyłaniający się zza drzew, praktycznie na stycznej do zakrętu autostrady, klasztor na szczycie wzgórza. Drugim był pojawiający się kilkaset metrów dalej drogowskaz „Węzeł Tyniecki” z namalowaną strzałką zjazdu do Tyńca. Jak to zwykle bywa na autostradzie, zjazdem w prawo… Te współistniejące na małej przestrzeni widoki zakodowały w mojej podświadomości wniosek, że widoczny po prawej stronie klasztor to zakon tyniecki. Cóż… Postanowiłem ostatecznie doświadczalnie przekonać się o lokalizacji tynieckiego opactwa i bielańskiego eremu. Drogowskazy do Tyńca przeprowadziły nas pod autostradą, na jej jednak lewą stronę, nad Wisłę, gdzie na wapiennym wzgórzu zbudowano w 1044 r. opactwo benedyktyńskie.
Początkowo na wzgórzu istniały drewniane zabudowania, w XI wieku wzniesiono tu kamienną bazylikę, której fragmenty przetrwały do dziś. Wielokrotnie opactwo było atakiem najazdów, a to wojsk tatarskich, a to szwedzkich czy rosyjskich. W roku 1831 zabudowania klasztorne strawił pożar, w efekcie którego zostały one opuszczone i popadły w ruinę. Dopiero tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej wprowadziło się do niego jedenastu belgijskich mnichów pod przywództwem ojca Karola van Oost. Po wojnie rozpoczął się proces odbudowy historycznego zabytku, który trwa do dzisiaj. Dziś tyniecki klasztor benedyktyński wciąż pełni swoje funkcje religijne. Nie jest on całkowicie zamknięty przed zwiedzającymi, obowiązuje zapewne nadal przytoczona na wstępie reguła Benedykta. Dziedziniec tętni życiem, w kawiarence turyści raczą się doskonałą tyniecką kawą i sernikiem, rowerzyści chronią się w cieniu zabytkowej studni, ozdobionej drewnianą altaną. Warto ją obejrzeć, zbudowana bez użycia gwoździ, z wykorzystaniem drewnianych zastrzałów i klinów stoi od XVII w. Z czeluści dolnych komnat bramy dochodzą smakowite zapachy „mniszego co nieco”. Zgłodniali posiadacze, jednak dość wypchanych mieszków, mogą spróbować specjałów zakonnej kuchni. Z opactwa rozpościera się niezapomniany widok na Wisłę, kwitnące kwietniowe czeremchy i żółto-zielone nadbrzeżne łąki.
Jedną lokalizację już „mamy”, teraz uderzamy pod autostradą na jej drugą stronę, musimy także zmienić brzeg rzeki. Przejeżdżamy przez most na Wiśle i skręcamy w las, gdzie wąska droga doprowadza nas do bramy klasztoru na krakowskich Bielanach. To kamedulski erem Srebrnej Góry. Dlaczego Srebrnej? Otóż przybyli do Polski zakonnicy wybrali na miejsce fundacji górę bielańską. Ta jednak nie należała do Mikołaja Wolskiego, który w 1604 r. sprowadził tu zakonników i ddał im okoliczne, leżące u podnóża wzniesienia wsie. Góra była własnością Sebastiana Lubomirskiego, kasztelana wojnickiego, który nie zamierzał jej odstępować. Za radą Anny z Branickich na Ruszczy Lubomirskiej Wolski wyprawił ucztę, na którą zaproszono samych znacznych i dostojnych gości, biskupów, kasztelanów i oczywiście zakonników. Pod koniec spotkania, gdy wszyscy biesiadnicy mieli już dobre humory, Wolski opowiedział o swoich planach sprowadzenia Kamedułów do Krakowa i o trudnościach ze znalezieniem dla nich miejsca. Zachęcony kasztelan Lubomirski zadeklarował swoją gotowość oddania im bielańskiej góry, na co tylko pozostali uczestnicy czekali. Natychmiast podsunęli mu, wcześniej przygotowany, akt darowizny. Lubomirski podpisał, a Wolski będący człowiekiem honoru, jako wyraz wdzięczności podarował mu wszystkie, użyte podczas uczty srebrne naczynia ogromnej wartości, które miały mu zrównoważyć wartość Bielan. A na pamiątkę tego wydarzenia pagórki świętego Stanisława zaczęto nazywać Srebrną Górą. Od razu ruszyła budowa eremu, klasztoru zakonników żyjących w odosobnieniu, w pustelni, którzy z pobudek religijnych wycofali się z życia w społeczeństwie i zdecydowali się na życie w izolacji oraz celibat. Poświęcili się przede wszystkim modlitwie i życiu w ascezie. Powstało dwadzieścia domków zakonnych i świątynia, wielokilometrowy mur ogrodził poletka, ogrody i las.
Chcieliśmy zwiedzić klasztor, lecz okazało się, że mogę wejść na teren zakonu tylko ja, Bożka musiała pozostać za furtą. Ze względu na klauzurę, która zakazuje wstępu osobom zewnętrznym, odmiennej płci! Niewiasty mogą jedynie odwiedzić zakon bielański dwanaście razy w roku. W żadnym jednak z tych dni kobiety nie mają wstępu do ścisłego eremu, dostępny jest dla nich jedynie kościół i jego najbliższe otoczenie. Ponieważ do najbliższego terminu 3 maja – święta NMP Królowej Polski pozostało nieco czasu, żonka zatopiła się w rozmyślaniach na ławce przed bramą. Ja dowiedziałem się od furtiana, że Zakonnicy w swym eremie przez cały czas zachowują milczenie rozmawiając tylko wtedy, gdy to jest niezbędnie konieczne. Jedynie trzy razy w tygodniu: we wtorki, czwartki i soboty mogą pozwolić sobie na krótką pogawędkę. Pięć razy w roku w celach rekreacyjnych wszyscy zakonnicy mogą wspólnie opuścić erem i udać się na wycieczkę. Poza tym w klasztorze nie ma radia, telewizji, nie ma urlopów, nie praktykuje się odwiedzin rodziny. Wszystko to ma służyć stałemu skupieniu. Kiedyś mówiło się, że Kameduli to zakonnicy nieustannie obcujący z wiecznością do tego stopnia, że przy każdym spotkaniu pozdrawiają się słowami "memento mori", a nocą zamiast w łóżkach śpią w trumnach. To jednak tylko swoista legenda otaczająca życie eremitów. Oni sami żartują, że nawet po śmierci nie leżą w trumnach, zgodnie bowiem z tradycją, ich ciało ubrane w habit wkładane jest jedynie na desce do niszy katakumb i zamurowywane. Na zewnątrz pojawia się napis podający tylko imię zakonne mnicha, wiek, a także ilość lat spędzonych w zakonie.
Ustawiliśmy sobie geograficznie obie perełki. Poznaliśmy je. Człowiek jednak uczy się cały czas…
 
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Śmigus dyngus…
09 kwiecień 2007
|
Dzisiaj rano zbudził nas deszcz. Zdziwienie było tym większe, że pojawił się w naszej sypialni. Brutalnie wyrwał nas z błogiego snu. Deszcz? Jaki deszcz? Przecież... A! To dzieciaczki postanowiły kultywować odwieczną tradycję. Oblać mamę, aby była jeszcze piękniejsza, no i tatę, za... żywota. Dobrze, że porzuciły wiadra, skobki, chochle i kanki na mleko na rzecz wyszukanych, chińskich , plastikowych wytworów przemysłu tworzyw sztucznych. Nowe idzie... Symboliczne z początku polewanie przerodziło się w prawdziwą bitwę wodną. Strumienie wody krzyżowały się w powietrzu, piski „rannych” i nawoływania atakujących wdzierały się w ciszę poranka. Zawiązywały się chwilowe koalicje, które rozbite piętnem zdrady obracały się w opozycyjne związki. Syn występował przeciwko matce, a ojciec przeciwko córce, siostra nastawał na brata, a on nie był jej dłużny. Do głosu dochodziły prawdziwe instynkty, dzikie żądze, każdy na każdego. Pościel się kłębiła, latały poduszki, chwilowo wycieńczeni szukali schronienia pod kołdrą. Na niewiele to się zdawało. Atak następował od spodu, zimny strumień lądował to na kolanie to na plecach. Bitwa był tak zażarta, że odnotowano straty. Tatuś wyrwał z powłoczki kołdry 6 guzików, udało się nawet rozerwać „dziurki” do nich. Wojownik Aga spadł z łóżka i konieczna była rehabilitacja przez całowanie. Prześcieradła szybko wyschną, my też, ale warto było!
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Psie życie…
07 kwiecień 2007
|
Piątek, słońce świeci, a zimny wiatr tnie jak nożem. Granatowe wręcz chmury przetaczają się ponad koronami drzew. Zmusili nas do wzięcia urlopu w pracy, trzeba wykorzystać ten dzień, pora więc na sprzątanie. Wczoraj Bożka zagoniła mnie do mycia okien, szast-prast i wszystkie szyby przejrzały. Dzisiaj zabieram się za garaż i samochody. W Bożkowym zmieniam kółka na letnie, tankuję, proszę Miłosza o pomoc. Zabieramy się za uruchomienie linii technologicznej, do umycia 3 wozy, bo dochodzi jeszcze mój i mamy. Ja myję, synek odkurza wnętrza, jeszcze tylko poukładać koła z zimówkami w sztapelki w garażu. Poczekają do listopada. Auta lśnią pięknie, zaopatrzone we wszystkie płyny fizjologiczne, przeglądnięte, gotowe są do kolejnego ciepłego sezonu. Wychodzę więc do ogrodu oczyścić i obejście z kurzu zapomnienia. Trzeba tą szczotą machać energiczniej, bo mnie zastanie wieczór. Macham i macham, a spracowane łapy bolą, po co tak mocno tarłem te szyby wczoraj? Ogromna miejska czyszczara, błyskająca żółtymi światełkami i szumiąc obrotowymi szczotami idzie mi na odsiecz i dostojnie zbiera śmieci z ulicy. Przynajmniej tyle… Wychodzę na chodnik, jako poprawny właściciel posesji omiotę i ten teren. Zaczyna się nieźle, parę papierków, puszka alu po coca-coli, sporo petów. I coroczny przebój: zapchane w żywopłot butelki i pudełka po papierosach. Tak łatwo wepchnąć niepostrzeżenie w zieloną gęstwinę coś, z czym trzeba by wędrować aż do kosza... Trzy ruchy ulicówką i jej włosie precyzyjnie zbiera odpady cywilizacji. Coś jednak zostało, co to takie duże i brązowe? Wygląda jak rozmazana po chodniku czekolada, ale dam sobie głowę uciąć, że czekolada pachnie inaczej. Hmm, musiała tu długo leżeć, może od lutego? Posuwam się dalej i odkrywam coraz to nowsze ślady prawidłowej przemiany materii czworonożnych pupili. Dlaczego leżą na chodniku? Proste. Bo na trawnik pieski nie mają jak wejść, obsadziłem go niskim żywopłotem i atrakcyjnymi kłujokrzewami, które już niedługo strzelą pąkami. A’propos strzelania – aż prosiłoby się strzelić, ale to nie jest metoda, psy nie są winne, srać muszą. Wiem, że trudno nauczyć właścicieli odpowiedzialności za pupilka. Trzeba by uczynić coś, aby zebranie kupy z chodnika było a) dochodowe, b) modne i c) atrakcyjne. Dwie pierwsze cechy są awykonalne. Ludzi nie porwie... Kokosów na tym zbić właściciel nie zbije, zakładanie plastikowej rękawiczki i zbieranie do woreczka atrakcyjne być nie może. Muszę uderzyć więc w modę! Gdyby tak wypromować styl zachowania, który jest cool, trendy i niedostępny dla każdego. Dostępny tylko właścicielom piesków. Zbieram gówna, bo jestem cool. „Mam rękawiczkę i torebkę i nie zawaham się jej użyć”. To by było to!
Myślę o tym, a na razie chyba zawieszę kartkę: „NIE SRAĆ PSAMI”.
 
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Życzenia świąteczne...
05 kwiecień 2007
|
Ja, Arjano, zwany dalej Życzeniodawcą, proszę Was, zwanych dalej Życzeniobiorcami, o przyjęcie, bez zobowiązań wynikających z treści lub domniemanych i zaakceptowanie moich najlepszych życzeń świątecznych, przyjaznych dla środowiska, ekologicznych, tolerancyjnych, odpowiedzialnych społecznie, poprawnych politycznie, bezstresowych, nieuzależniających, niedyskryminujących obchodów Świąt Wielkiej Nocy, przeprowadzonych według najlepiej odpowiadających Życzeniobiorcom tradycji lub przekonań własnych wynikających z preferowanej przez Życzeniobiorców religii czy też tradycji świeckich, z szacunkiem dla religijnych tradycji, świeckich zwyczajów i przekonań osób trzecich lub dla ich ewentualnego przekonania o braku konieczności uwzględniania jakichkolwiek tradycji - religijnych bądź świeckich. Życzeniodawca chciałby życzyć Życzeniobiorcom bez względu na ich rasę, przebywanie pod konkretną długością bądź szerokością geograficzną, przekonania, kolor skóry i oczu, wiek, sprawność fizyczną, płeć, wiarę, posiadany system komputerowy, przynależność klubową, partyjną, posiadanie w garażu 2 lub 4 kółek lub preferencje seksualne:
uśmiechu, miłych chwil, radości i słońca!
Z powyższych życzeń nie wynika w żadnym stopniu obietnica faktycznego spełnienia chęci wyrażonych w tychże życzeniach, żadne reklamacje nie będą rozpatrywane. :-)
  |
|
Komentarzy:
1
|
|
Pseudorajdowanie na nielegalu…
05 kwiecień 2007
|
Podczas gdy my uczestniczymy w niedzielnym KJS-ie zorganizowanym przez Automobilklub Rzeszowski w Rzeszowie, na pasie startowym nieczynnego lotniska pod Arłamowem odbywa się nieformalny zlot fanów motoryzacji. Dzień jest ciepły, bezwietrzny, dymią grille, wypucowane samochody lśnią w słońcu. Oprócz skrzykniętych tu członków klubów i stowarzyszeń pojawia się sporo przypadkowych gości i widzów. Lotnisko jest formalnie zamknięte, obowiązuje zakaz wjazdu na pas startowy, nikt jednak tym się nie przejmuje... Rozpoczynają się jazdy testowe, obecni prezentują swoje wypieszczone i zmodyfikowane samochody. Jest sporo kibiców, impreza robi się masowa, nie ma jednak organizatora, który odpowiadałby za całość. Na ścieżkę wyścigu na 1/4 mili podjeżdża w pewnej chwili należący do brytyjczyka żółty hot-rod. Nietypowe auto, posiadające silnik o mocy kilkuset KM przyciąga znacznie więcej widzów, którzy gromadzą się tuż przy trasie przejazdu. Kierowca rusza, za jakiś czas auto wymyka się spod kontroli, uślizguje się tył i samochód uderza w ludzki mur. Lecą w górę buty, osoby się przewracają, jest 5 rannych. Najciężej poszkodowanego zabiera wezwany śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do szpitala w Rzeszowie, pozostałych karetki odwożą do bliższego szpitala w Przemyślu... Nie szukam winnych, wskażę tylko na konieczność podporządkowania się pewnym regułom podczas organizacji imprez samochodowych. Jest to sport specyficzny, niebezpieczny, szczególnie dla widzów. Zawodników w autach chronią, o ile nie klatki i pasy bezpieczeństwa, to poduszki bądź po prostu blachy auta. Kibica nie chroni nic. Jedynym zabezpieczeniem jest myślenie, przewidywanie i zachowanie odległości od miejsc niebezpiecznych. Wypadki się zdarzają, ważne jest, by ich skutki nie pociągały za sobą tragedii.
Zupełnie niedopuszczalnym jest startowanie w nielegalnych, nie organizowanych, żywiołowych imprezach. Nie istnieje szansa zapanowania nad rozentuzjazmowanym tłumem, adrenalina nie uspokaja z kolei zawodników, a wręcz przeciwnie. Potrzebne tu są ramy dyscypliny, organizatorzy pilnujący porządku i niedopuszczający do indywidualnych popisów. Dla osiągnięcia podziwu i zaszpanowania przed innymi posiadacze swoich czterech kółek są bowiem w stanie zrobić wszystko. Narażanie na utratę życia czy zdrowia tłumu gapiów nie jest wyjątkiem. To samo dotyczy kibiców, którzy dla lepszego filmiku lub widoku są w stanie stanąć wprost na trasie przejazdu auta. Brak wyobraźni...
Organizacji imprez nie muszą podejmować się struktury klubów działających od lat, mogą to być młodzi fani czy miłośnicy takiego a nie innego motoryzacyjnego „szaleństwa”, którzy dla dobra swojej dyscypliny wykażą odrobinę dobrej woli i poświęcą czas nie tylko na umycie samochodów, ale i na odpowiednie zabezpieczenie całej imprezy. To wymaga odrobiny czasu, zaangażowania, procedury są wymagające, ale czytelne. Ich spełnienie jest podstawowym warunkiem odbycia się imprezy. Oczywiście, spełnienie wszystkich nakazów bezpieczeństwa nie spowoduje totalnej odporności imprezy na niespodziewane wypadki, ale na pewno przeniesie prawdopodobieństwo ich powstania w okolicę zera. Myślcie za siebie i za przypadkowych kibiców, Oni się pojawiają, bo Wy jeździcie, nigdy odwrotnie...
Młodzi koledzy, nie bójcie się, że ta cała biurokratyczna otoczka odedrze Wasze spotkania ze spontaniczności, romantyzmu i młodzieńczego luzu. Bądźcie dumni z przynależności do klubu, który potrafi sprostać wymaganiom i odpowiednio zabezpieczy atrakcyjną dla Was i potencjalnych widzów imprezę. To od Was zależy jak często one się odbędą. Nie liczcie na to, że ktoś inny za Was zrobi całą robotę a Was zaprosi do gościnnego udziału. Sami najlepiej wiecie co jest dla Was dobre, jak zachowują się Wasze maszyny i jakiego zabezpieczenia wymagają trasy prób. Bierzcie więc sprawę odpowiedzialnie w swoje ręce!
Niektóre niespokojne dusze nigdy nie podporządkują się i dla nich nielegalne wyścigi czy próby będą atrakcją właśnie ze względu na ich nielegalny charakter. Taka forma buntu przeciw zastanej rzeczywistości i zakazany owoc. Owoc ubrany w ramy przyzwoitości nie będzie im już smakował. Cóż - pozostaje tylko apel: pamiętajcie o innych użytkownikach dróg! Otrzeźwienie i zastanowienie musi być i Waszym udziałem. Ilu jeszcze ludzi musi zostać kalekami lub zginąć…
  |
|
Komentarzy:
1
|
|
Niedzielne rajdowanie…
03 kwiecień 2007
|
Dzisiaj nie ma szansy odespania wczorajszego zmęczenia. Organizujemy jako Automobilklub Rzeszowski KJS, czyli Konkursową Jazdę Samochodem. Wstaję wcześniej, przygotowuję kanapki, coś do picia i jadę do klubu odebrać od Jarka dokumenty próby sportowej. Obsługujemy PKC nr 3, 7 i 11 oraz próby SZ-3, SZ-7 i SZ-11 w Kaczarnicy koło Czudca. Zabieram formularze raportów, wzór próby, regulamin KJS-u i wzór karty drogowej. Wracam do domu, zabieram Bożkę z dzieciakami i o 10.15 meldujemy się na miejscu. Chwilkę czekamy na kolegów, którzy ciężarówką przywożą słupki, taśmę do zabezpieczenia próby, opony do zbudowania szykany, stopery, stoliki, gwizdki, tablice start/meta i PKC (punkt kontroli czasu) oraz nasze narzędzia pracy: stopery. Dobrą chwilę walczymy z ustawieniem wszystkiego jak trzeba, dobrze, że przyjechaliśmy wcześniej. Na 20 minut przed pierwszym zawodnikiem zjawia się Andrzej sprawdzając zabezpieczenie. Poleca nam trochę rozsunąć szykanę, gdyż samochody mogłyby uderzać w krawężnik. Przesuwamy opony i taśmą zamykamy przejazdy. Próba jest mocno ciasna, zwłaszcza na jej początku i zarazem końcu. Tam zawodnicy muszą nieźle wywijać autami, by zmieścić się w ciasnym slalomie. Ustawiliśmy słupki i tak możliwie szeroko, uważając, by przy wyjściu ze slalomu i wejściu w niego było najwięcej miejsca. To skutkuje tym, że pomiędzy środkowymi słupkami jest naprawdę ciasno. Zawodnicy zwalniają tu bardzo… Bożka z Agnieszką i Pauliną obsługują PKC tuż przed naszą próbą. Wpisują zawodnikom prowizoryczne czasy startu, które my weryfikujemy w zależności od zagęszczenia samochodów na starcie do próby. Godzina 11:20, podjeżdża seicento z numerem 1. Wpisujemy czas wyjazdu do karty drogowej i następuje ceremonia odliczania. 3-2-1-START. Ręka w górze, auto skacze do przodu i napada na pierwszy slalom. Wróci tu, na metę za ok. 1,5 minuty. Najszybsze Subaru Impreza „robi” próbę w 1 minutę i 13 sekund, najwolniejszy zawodnik prawie w 2 minuty. Przewijają się przez start 3 imprezy, astra gsi, kilka peugeotów 106, 205, clio, honda civic, crx, audi A6, toyota, mazda 323, saxo, fiesta, bmw, vw ale także tico, zgraja seicento, cinquecento, maluchów oraz wartburg. Czasy przejazdu notuję w karcie drogowej, w raportach zapisują najpierw Artur, potem Wojtek. Ponieważ mają i inne zadania wyręcza ich chwilami Rafał i Maciek. Na koniec funkcję skryby przejmuje Miłosz, który dwoi się i troi wpisując maczki cyferek w odpowiednie kolumny. Co 2 minuty startuję kolejne auto, czekam na zakończenie pierwszej pętli, by trochę odsapnąć. Zawodników jest 51. Wypuszczam ostatniego i kątem oka widzę, że numer 1 już zjeżdża z PKC-u. Przerwy nie będzie. Wypadają z rajdu kolejne załogi, na II pętli jest o 3 auta mniej, na ostatniej znowu grupa zawodników się zawęża. Ostatecznie KJS kończy 46 załóg. Uff, jest prawie 18:00, ostatnia załoga udała się na parking przed wiatą, w której przeprowadzone zostanie zakończenie imprezy. Zaczynamy sprzątanie, składamy słupki, zrywamy taśmy z drzew i płotów, trzeba zostawić po sobie miejsce czystsze niż się zastało. To dobra zasada, wrzucam do kosza kilka puszek, reklamówek, jakieś papiery, które pozostawili kibice. Pomaga mi Maciek z Bożką, Dawid i Paweł. Gdy właściciel dojrzy zaangażowanie, to potem łatwiej negocjuje się wynajęcie parkingów. Szkoda, że nie wszyscy koledzy zdają sobie z tego sprawę. Jak na życzenie zjawia się znajomy wóz ciężarowy z chłopakami i wspólnie układamy bambetle w jego wnętrzu. Można odsapnąć, posilić się kiełbaską. Piloci i mający zastępstwo za kierownicą mogą spróbować bursztynowego napoju... Sędziowie zwijają się licząc wyniki a nam się już nigdzie nie spieszy. Słońce zachodzi, a my gadamy ze znajomymi wspominając dzisiejszy dzień, umawiając się na kolejne imprezy. To jest to, co lubię! Nie żałuję, że dzisiaj nie wystartowałem swoim srebrnym bolidem. Czasem warto przyglądnąć się imprezie z drugiej strony, poznać zachowanie kolegów-zawodników na próbach, poczuć odpowiedzialność za organizację i próbować spełnić życzenia zawodników tak, jakby samemu się życzyło.
  |
|
Komentarzy:
1
|
|
Śląskie nawigowanie...
03 kwiecień 2007
|
Sobota,wstaję o 4:30, muszę się przygotować, bo za godzinę wyruszamy z Marcinem na rajd nawigacyjny. Naszym celem Mysłowice. O tej nieludzkiej godzinie nic nie przełknę, szykuję więc kanapki, zjemy w drodze. Trasa mija nam szybko, może nawet zbyt szybko, zjeżdżamy zatem z autostrady A4 na Jaworzno i równoległą drogą spokojnie dojeżdżamy na miejsce startu. Wita nas Sylwia i cała ekipa Automobilklubu Mysłowickiego. Ciekawe, co tym razem przygotował dla nas Marek. Rajd rusza po 2 letniej przerwie, zatem pomysły komandora miały czas na skrystalizowanie się w formie atrakcyjnej trasy. Przed rajdem odprawa, po której szybciutko ustawiamy się do próby sprawnościowej kierowania pojazdem. Na rajdzie ja poprowadzę czarny wóz, Marcin będzie pilotem. Startujmy do SZ, idzie nam nawet nieźle, samochód posłusznie obraca się bokiem w ciasnych nawrotach, przy zaciąganiu ręcznego hamulca. Nagle czuję, że nie jestem w stanie spuścić „rękawa”, samochód z zablokowanymi tylnymi kołami nieruchomieje przy słupku. Spoglądam na dźwignię hamulca, nie widzę wcale guzika do jego zwalniania, gdzieś się zapadł głęboko. Marcin przytomnie łapie za wajchę i krzyczy, że skórzana nakładka po prostu zsunęła się z rączki i blokuje przycisk. Doprowadza wszystko do porządku i ruszamy! Niestety, cały ten incydent kosztował nas kilka dobrych sekund – czas przejazdu jest fatalny. Niezrażeni ruszamy do I odcinka nawigacyjnego. Wykonujemy pierwsze manewry, ale jakoś nam nie idzie, nie możemy odnaleźć pewnych obiektów i złapać rytmu. Wracamy na start i próbujemy ponownie, staramy się inaczej zinterpretować polecenia autora trasy, wpadamy na dobry pomysł i suniemy już po trasie. Za jakiś czas znowu przyblokowanie, staramy się jechać „choinkę”, ale układ dróg nie odpowiada sytuacji realnej. Chwilkę się kręcimy, spoglądam kątem oka na itinerer. Mam! Jedziemy nie tę „choinkę” co trzeba. Zaczynamy czytać 2 i nagle wszystko się zgadza. Manewr po manewrze Marcin pewnie prowadzi nas w gąszczu uliczek.
Zaczęliśmy wspólne starty dopiero w tym roku, wcześniej jeździliśmy z żonami lub innymi pilotami. Każdy z nas osiągał liczne sukcesy. Teraz jazda wygląda inaczej. Docieramy się, badamy grunt, szczerze powiem, że nie staram się przeszkadzać swojemu pilotowi w pracy. Znam dobrze sztukę pilotażu, ale wiem, że forsowanie swoich rozwiązań mogłoby wyprowadzić mojego pilota z nerwów. Gość jest indywidualistą, charakter ma twardy, jest zorganizowany, sumienny i dokładny. Ale i mocno uparty… Ponieważ i ja mam swoje dziwactwa, więc staram się nie wywoływać na pokładzie „wojny tytanów”. Oj, działoby się… Uczę się stylu prowadzenia Marcina, wiem już co lubi, a czego nie, myślę że i On poznaje powoli, kiedy i co należy przypomnieć a kiedy można zatopić się w gąszczu itinerera. Jeszcze kilka wspólnych rajdów i będziemy niepokonani :-) A jak na razie idzie nam średnio. Walczymy z kolejną „choinką”, która jest „mapowa”, a my upieramy się jechać ją „realnie”, z natury. Oczywiście nic nam nie wychodzi, w tumanach kurzu po raz 4 objeżdżamy wąskie, pyliste dróżki jakiegoś cygańskiego osiedla. Na koniec rezygnujemy, nawiązujemy się z kolejnym zdefiniowanym punktem na mapie i kontynuujemy przejazd. Po kilkunastu minutach znajdujemy PKC i oddajemy kartę drogową. Dowiadujemy się, że nasze kłopoty wynikały z mało precyzyjnego czytania wskazówek itinerera. Cóż, roczna przerwa w rajdach daje o sobie znać. Ale czy to tak szybko się zapomina? Ech nie, po prostu musimy zmusić mózgi do precyzyjniejszego działania. Obaj jeździmy w rajdach sportowych, tam spełniamy się jako „fizyczni”, lubimy adrenalinę przed startem i poczucie panowania nad swoim samochodem. Doskonalimy tam swój warsztat kierowcy, rajdy nawigacyjne traktujemy zaś jako doskonałą zabawę dla „wykształciuchów” lubiących myśleć za kierownicą.
Krótka przerwa, po bułce i kilku łykach soku ruszamy do odcinka II i ostatniego. Obiecujemy sobie solennie, że tym razem niczego nie zgubimy i nie przeoczymy. Początek idzie dobrze, ale im dalej w las tym… Zaczynamy się denerwować, mój pilot jest wyraźnie spięty, jeździmy pewne fragmenty trasy kilkakrotnie próbując odnaleźć właściwy przejazd. Najważniejsze to zachować spokój, choć okupione to jest sporym wysiłkiem. Przyjechaliśmy tu przecież pobawić się, to nasze hobby, które nie może przeradzać się w stres. Dobrze, że obaj to rozumiemy. Zaczyna nam się jechać coraz lepiej, wykonujemy nakazane manewry, znajdujemy nawet pewne nieścisłości wprowadzone przez organizatora. Półtorej godziny mija szybko, dojeżdżamy na lekkim spóźnieniu na metę. Teraz tylko szybka próba sprawnościowa, która idzie nam już dużo lepiej i na… obiad. Po smacznym posiłku udajemy się do siedziby Automobilklubu, uczynna Sylwia dwoi się i troi by nam dogadzać, pijemy kawkę, możemy poczęstować się cukierkami, zjeść czekoladowe jajka, nie wolno nam jednak tknąć czekoladowego zajączka! Święta jeszcze daleko… Robimy co możemy i ratujemy zającowi życie – nie będzie miał obgryzionych uszu… Mimo posiadania szczęśliwego numeru startowego 7 nie udaje nam się zająć szczęśliwego miejsca. Ostatecznie plasujemy się na 13 pozycji. Trochę wstyd, ale liczy się dobra zabawa i miło spędzona sobota. Gratulujemy zwycięzcom, którzy pokazali klasę i powoli zmykamy do domu… bo już jutro kolejny rajd w Rzeszowie i okolicach.
 |
|
Komentarzy:
0
|
|
Ważne są priorytety…
29 marzec 2007
|
Żyję w pięknym kraju rozciągającym się od piasku morskiej plaży po ostre granie gór. Kraju szczęśliwym, w którym najważniejsze są pozory i pierdoły. Cała Polska czyta dzieciom, ale nie jest to jedyne zajęcie. Cała Polska szuka pracy dla byłego premiera, zajęta jest poszukiwaniem ojca dziecka pani Anety, która przechodzi chyba amnezję. Odpowiedzialni politycy wprowadzają lekcje patriotyzmu w szkołach, mundurki, zakaz oglądania pism z gołymi babami, aresztują lekarza w popisowym procesie, nagrywają wynurzenia pijaczków podczas zakrapianych kolacji… To ważne sprawy, istotne, kluczowe wręcz. Nie przestawajmy, przecież może być tak pięknie. Będzie jednak tak jak zwykle… Rozwikłamy sprawy aborcji, homofobii, eutanazji i homopropagandy, nauki hymnu państwowego w szkole, poprzez ankiety zdobędziemy wiedzę o onanizujących się uczniach i ciążach nastolatek. Wyślemy przez całą Polskę nocny śmigłowiec po górala, który w szale alkoholowego zamroczenia obciął sobie to, co posiadał najcenniejszego. Radiowozem dowozić będziemy hamburgery podróżującemu pociągiem politykowi. Wyślemy rządowe wozy po rodzinkę wracającą z zakupów. Zbadamy okolczykowanie narodu, sprawdzimy tatuaże, kibicowanie subkulturom, przynależność do sekt, moralność urodzonych morderców skłonnych zabijać z zimną krwią karpia. Pozwolimy dać się legitymować bez powodu przez 50 minut, wpiszemy do baz danych nasze znamiona, cechy szczególne, obawy, lęki, preferencje. Nasze maile, rozmowy telefoniczne, historie odwiedzanych stron www będą dla naszego dobra archiwizowane, a lustracja pozwoli odsiać szczerozłote ziarna od plew. Będziemy szczęśliwi i zaspokojeni, więc może wtedy zajmiecie się takimi pobocznymi tematami jak rozwój gospodarczy, ułatwienia dla prowadzących działalność gospodarczą, solidna i sprawna służba zdrowia, system ratownictwa medycznego, budowa autostrad i przejezdnych dróg, zapewnienie stabilności energetycznej państwa i uniezależnienie się od kurka sąsiadów. Zbudowanie logicznego systemu podatkowego, emerytalnego i ubezpieczeniowego będzie ukoronowaniem tych działań.
Rozmarzyłem się… przecież nawet nie mam gdzie oddać butelek po piwie…
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Wiatr wolności...
28 marzec 2007
|
Jestem wolny... Moją wolność odczuwam jako przestrzeń życia, pragnień i marzeń. To dziwne, że istnieje tyle równoległych bytów. Jesteś tu, w pracy, domu, garażu, a gdzieś tam wiatr wolności targa brzozę, przegania granatowe chmury nad doliną czy marszczy toń jeziora. A ty nie jesteś świadkiem tego... Żałujesz? Dziś tu pracujesz, przygotowujesz kolejne sprawozdanie, uczysz się z dzieckiem, masz obowiązki, ale już niedługo przeniesiesz się w inny byt, gdzie życie ma bardziej soczysty smak, gdzie realizują się pasje... Bierzesz rodzinkę, mapę i wyruszasz na odkrywanie nowego. I nie musi to być syberyjska tundra, spalona afrykańskim słońcem sawanna, brzegi Adriatyku, ciasne uliczki portowej wioski czy monastyr na niedostępnej górze. Wszędzie możesz znaleźć przygodę, ślady człowieka, który zostawił tu cząstkę kultury, pracy, wierzeń. Nawet kilkadziesiąt kilometrów stąd. Na wiejskiej drodze, przy ruinach cerkwii, przy brodzie na strumyku czy galerii rzeźby samorodnego artysty. A przepustką do tego świata jest coś, co zwie się jeep cherokee.
Zobaczysz, będziesz mój! A na razie musi wystarczyć piosenka "Вольный ветер" grupy Чайф...
Kliknij w obrazek i posłuchaj...
 |
|
Komentarzy:
1
|
|
To jest niesamowite...
25 marzec 2007
|
Można patrzeć godzinami... Obrazy przelatują jak myśli. Trochę bez składu i ładu, trochę uporządkowanie. Czy poznałeś wszystkie szczegóły, zastanowiłeś się nad ich sensem? Nie spiesz się. Pozwól im wybrzmieć... Czujesz, że coś oplata świat? Spadasz? Znasz dobrze to uczucie? Lecisz... Myślisz, że już koniec... Nie wymyślisz nic. Przepadło... Nie! Jest wyjście! Jedni padają a inni się wznoszą. Zwyciężaj! Żyj! Jest dobrze,,, Nie kombinuj.
Przeżyłeś słoneczną niedzielę... Spacer. Plany zrobione, a więc... do realizacji!
Kliknij w obrazek
 |
|
Komentarzy:
1
|
|
Wielka, betonowa cipka…
23 marzec 2007
|
Chłodny, wiosenny dzień. Godzina 9:40. Dwuipółtonowy walec zamocowany na ramieniu dźwigu uderza w ścianę dawnego hotelu Rzeszów. Z góry sypie się pył, spadają fragmenty poręczy, tynku i cegły. Rozpoczyna się mozolna likwidacja jednego z symboli Rzeszowa. Dla mnie stał tu od zawsze. Często traktowany jako punkt odniesienia.
- „Jak dojadę na ulicę…” - „Prosto, koło hotelu Rzeszów, na rondzie skręcisz w prawo, wiesz przecież, gdzie jest hotel”
Bywałem tam z okazji różnych konferencji, szkoleń, wesel, niestety nie dane mi było zamieszkać w jednym z licznych pokoi. Może i dobrze. Podobno pokoiki tchnęły postgierkowskim smakiem i stylem, łazienki z późnego PRL-u i długie, mroczne korytarze były świadkami epoki. Nadchodzi taki czas, że stare, wysłużone obiekty muszą być zastąpione nowymi, okazalszymi, o lepszym standardzie. Przewrót jakościowy trwa. Być może nie będziemy musieli długo czekać na powstanie w tym miejscu centrum kongresowo-hotelowego. Czy jest szansa, że stanie się drogowskazem i charakterystycznym punktem miasta? Może...
Vis a vis hotelu stoi najlepiej rozpoznawany w Rzeszowie pomnik. Dzieło autora warszawskiej Nike Mariana Koniecznego, upamiętniające walki rewolucyjne. Dla wielu mieszkańców Rzeszowa to kompromitujący symbol czasów PRL-u, żenada i powód docinek przyjezdnych. Ten znak rozpoznawczy miasta kojarzy się nieodparcie z oślimi uszami bądź wielkim narządem. Kobiecym zresztą... Przy okazji rozbiórki hotelu wybuchają dyskusje, czy i pomnika nie obrócić w pył. Zwłaszcza, że aktualnie jest on własnością …zakonu braciszków Bernardynów. Dostał im się niejako przypadkowo przy okazji przekazania Placu Defilad przy Urzędzie Wojewódzkim. O tym, że za symboliczną złotówkę i z pomnikiem zmilczę… Uważam, że z czymkolwiek by się pomnik nie kojarzył pozostaje najbardziej znanym elementem architektury miasta. Znajduje się na widokówkach, zdjęciach, albumach o mieście, jest częścią wielu symboli graficznych promujących miasto. Czy warto puścić go w niepamięć? Dlatego, że jest brzydki i betonowy? Że niesie nieaktualne przesłanie? Że nie musi już zasłaniać bryły zakonu przed oczami jadących od Warszawy dygnitarzy? Czy z zemsty nad dawnym systemem wyzysku i zakłamania powinniśmy burzyć wszystko, co wtedy powstało? Jeżeli tak, to połowa budynków zbudowanych w stylu realnego socjalizmu powinna zostać wysadzona, na czele z PKiN w Warszawie i Domem Kultury na ul. Dąbrowskiego w Rzeszowie. Gorące były protesty paryżan po ustawieniu metalowego szkaradztwa w samym centrum miasta. Wieża miała zostać rozebrana, szpeciła starówkę, kojarzyła się z fallusem. Na szczęście została. Teraz jest symbolem tego miasta. Wiem, że trudno przyjąć skalę porównawczą wieży do rzeszowskiej cipki, ale w Polsce mamy już pomniki kartofla, chrząszcza, co brzmi w trzcinie i wiele innych upamiętnionych dziwactw. Może pora wykorzystać skojarzenia i wypromować tę budowlę w kraju? Wykorzystać to jako nadarzającą się okazję i stworzyć atrakcję miasta. Profesjonalny skatepark działa już w jego otoczeniu. Nie obruszać się na dosadne nazywanie pomnika, ale wykorzystać legendę i zachęcać turystów i odwiedzających do obejrzenia niezwykłej statui z przymrużeniem oka. Statui rozgrzewającej umysły, statui dyskusyjnej, poniżanej, nigdy obojętnej. Za 200 lat, a tyle tak solidny monolit z żelbetu przetrwa, na pewno będzie świadkiem ówczesnej historii i źródłem wielu anegdot.
A może zdjąć postać Nike i rewolucjonistów, skoro nie pasują do koncepcji, podświetlić odpowiednio, przygotować otoczenie i ożywić miejsce?
Ech, zapomniałem do kogo pomnik należy. Zatem spodziewajmy się kolejnych ruin…
 |
|
Komentarzy:
5
|
|
Nigdy bym się nie spodziewał…
21 marzec 2007
|
Żyję w kraju, który mocno podatny jest na wpływy zachodu. Kiedyś był to dla nas niedościgły wzór, odwrócenie „wartości” naszych wschodnich sąsiadów. Tam był Europa i Ameryka, tu mentalnie wręcz Azja. Czasy się zmieniły, a na Zachodzie bez zmian. Najważniejsza była i jest poprawność polityczna. I aby nie zostać posądzonymi o brak tolerancji czy niepoprawność skłonni jesteśmy zaprzeczać samym sobie. Dosyć! Nie mam zamiaru być poprawnym politycznie i rozmydlać moje wyraziste poglądy. Uważam się za tolerancyjnego, akceptuję odmienność i różnice. Ba, jestem wielkim zwolennikiem oryginalności i nietypowości. Niech każdy jednak żyje tak, jak mu pasuje, niech się wyróżnia gdy chce, ale niech nie szkodzi innym i nie narzuca im swej woli. Niech akceptacja odmienności kończy się na tolerowaniu a nie na koniczności poddawania się ocenom i aktywnym uczestniczeniu w promocji. Było cicho i spokojnie, różne poglądy istniały współbieżnie. Aż tu nagle rozkwitła, zaczęła panoszyć się i w naszym kraju, epatować z każdego prawie zakątka. Homopropaganda… Chcecie, żyjcie sobie swoim życiem, nie będę Was oczerniał, oceniał, zaczepiał czy uświadamiał. To Wasze prawo, Wasz świat i życie, którego jakość wykuwacie sobie sami. Ale wara od mojej rzeczywistości, nie życzę sobie uświadamiania moich dzieci w szkołach, że płeć nie ma znaczenia. Owszem ma! Nie naśladujmy u nas Szkocji, gdzie nie zaleca się w szpitalach mówić dzieciom o mamie i tacie. Przecież „opiekun”, „strażnik” lub „rodzic” jest o wiele poprawniejszy. W końcu można trafić na dziecko, które ma dwóch tatusiów. Tfu, opiekunów. Nie wprowadzajmy do naszych bajek angielskich poprawnych historii, w których książę po nieudanych poszukiwaniach księżniczek za siedmioma górami i lasami spotyka ukochanego rycerza… Bo to jest chore! Chora jest ta atakująca zewsząd promocja. Dziesiątki przykładów wykorzystania fali poprawności i nachalnego domagania się zmiany tradycji, zachowań, wzorców, autorytetów i uznania za normalność. Nie chcę i nie życzę sobie. Dzieci rodzą się w związku kobiety z mężczyzną i wychowują się w takiej rodzinie. I kółeczko ze strzałką do góry doskonale współgra z kółeczkiem z krzyżykiem na dół. I żadne plakaty nie wpłyną na zmianę normalnego postrzegania świata. Czy zastanawiacie się, że te działania dają odwrotny skutek? Im bardziej się nasila kampania „zrównania praw” tym bardziej się zamykam w swojej akceptacji.
Odwalcie się od Bolka i Lolka...
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Pierwszy dzień wiosny…
21 marzec 2007
|
Miała być. Ciepła, słoneczna, pachnąca mokrą ziemią i trawą. Wiosna. A tu zimno, deszcz, ponuro i szaro. Rano Bożka wdziała zwiewną, koronkową sukienkę, wpięła w jej fałdy motyla, na górę narzuciła wiosenną, też motylkową bluzeczkę. Wyglądała zjawiskowo, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni... Czy po tej zimie, która raczej śniegiem nas nie rozpieszczała i „firmowa” nie była znów czas na kolejną, podrabianą porę roku? Zimno… Założyłem się z kumplem o browarka, że do końca kwietnia spadnie śnieg. Tak na przekór światu. Na przekór kałużom i wiatrom. A co! Jak spadnie, to przynajmniej będzie czym zapić smutek i tęsknotę za słońcem. A jak słońce zwycięży to na jego cześć i chwałę skłonny jestem zaprosić kumpli do knajpki. Jest takie męskie prawo: ” Jeżeli ty wisisz piwo kumplowi, a on wisi piwo tobie to te piwa się nie kasują”. Ważne jest, by mieć okazję do spotkania, może wybuchną nowe pomysły? Trzeba już zacząć działać, dosyć zimowego marazmu. Rusza powoli sezon rajdowy, tęsknię do zajętych weekendów, spotkań z przyjaciółmi i tras po Polsce. Tyle nowych miejsc czeka.
Ty, wiosna, masz jeszcze szansę…
|
|
Komentarzy:
0
|
|
A Irlandia jest przecież taka zielona...
19 marzec 2007
|
Spróbuj wyręczyć kogoś w pracy a zwali ci momentalnie na barki robotę, która należy do niego. Zrób coś niemożliwego w firmie, a natychmiast zostanie to zaliczone do twoich obowiązków. Z pewnego niezależnego działu przychodzi delikatna prośba mailowa, czy nie mógłbym ocenić części wykonanej przez nich pracy. Skoro przecież temat znam, język też, mam łatwość budowania ocen i wyciągania wniosków. Jestem otwarty, mam umysł zdatny do szybkiej analizy i dociekliwej syntezy, więc przecież nie odmówię? Nie odmawiam - w owym dziale nowa twarz, może wreszcie skłonna do rzetelnej roboty i z umiejętnościami przynajmniej przeciętnymi. Ryzykuję, trochę z ciekawości, czy korekta nie będzie już, jak dotychczas, wymagała przekopywania dzieła "de novo". Niestety, lekko nie jest, tym razem autorka postąpiła zgodnie z nowymi trendami studenckimi: "otwórz google, znajdź szukane kwestie, skopiuj kilka bloków zawierających słowa z obrabianego zakresu, wklej do dokumentu, absolutnie nie czytaj, o ile fragmenty są w językach ci obcych użyj translatora, na słowniki szkoda czasu, podpisz się pod całością i wyślij komuś do korekty". Krew się z dokumentu leje, mam tylko 4 kolorowe markery, jak je użyć, by notki były czytelne i jednoznaczne? Niebieskim zaznaczam błędy ortograficzne, interpunkcyjne i literówki. Ludzie, przecież ja mam wykształcenie techniczne, dlaczego ja to wszystko widzę? Nie lepiej mają ci, co nie postrzegają? Merytoryczne uwagi na różowo, cytrynowym jadem zaznaczam styl. Gotowe. Odsyłam. Telefon, obrazili się, bo się czepiam. Tłumaczę, że sami chcieli, taka praca, im lepiej zrobiona korekta teraz tym mniejszy wstyd później. Dobra, przyjęli. Dzisiaj rano kolejna prośba. Skoro jest tak dobrze, to może teraz SAM opracuję?
Ktoś mówił, że wszyscy nieudacznicy wyjechali już do Irlandii? Nie wszyscy.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Ze skrajności w skrajność…
16 marzec 2007
|
Uderza z każdej strony, wbija szpile błędów w niespodziewający się niczego mózg, szarpie nerwy, doprowadza do szału… Albo do zwątpienia… Ignorancja. Dlaczego mamy „wyłanczać” zbędną żarówkę? Czy nie lepiej ją wyłączyć? Przecież nie ma „wyłancznika”, jest wyłącznik!. Po co mam „wziąść” pod uwagę statystykę, czy nie wystarczy jej wziąć? To nie jest takie trudne. Wystarczy pamiętać, że pochodzi od słowa „brać” a nie „kraść”... Ale czy w Polsce będzie to zrozumiałe, gdy drugie słowo robi zawrotną karierę? Swego czas miałem niezawodny wykrywacz osób, na które powinienem uważać. Wystarczyło przysłuchać się, czy oni „robiom” coś z „godnościom”, czy wręcz przeciwnie z „odrazom”. Szeregowało to takich osobników na moich skomplikowanych relacyjno-wartościujących poziomach. W stanach znacznie niższych niż poziom Bugu we Włodawie podczas lipcowej suszy. Teraz zweryfikowałem markery, musiałem je przeprogramować, przenicować wręcz na drugą stronę. Już kaleczący mowę naszą dowiedzieli się, że mówienie z końcówką „-om” nie świadczy o nich najlepiej. A więc dalej, bracia, odwrót! Precz z -om! Jest nowy „trynd”. I słyszę teraz, że należy zabronić „dziecią”, a „rodzicą” nakazać, nie pozwolić „koleżanką” czy przyjrzeć się „rybką”.
Ech, czy mówiłem już Wam, że skrajności zabijają?
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Psiejsko czarodziejsko...
15 marzec 2007
|
Tak sobie siedzę i myślę... Przychodzą mi do głowy różne psie myśli... Ile to razy cytowałem fragment audycji "Piątek z Pankracym" w chwilach, gdy oddawałem się rozmyślaniom nad sensem tego świata. A myśleć miałem nad czym. W końcu 10-letni chłopak nie mógł mieć pstro w głowie. A może mógł? Wczoraj dowiedziałem się, że odszedł z tego świata Pan Pankracego. Pankracego, a wcześniej Telesfora. Nie było łatwo być "panem" smoka. Smoka zresztą niezbyt rozgarniętego, któremu wszystko należało tłumaczyć wiele razy. Pewnie łatwiej było dogadać się z kundlem. Psiakiem zrobionym ze sznurka, wędkarskich żyłek i gąbki. Ale psiakiem, który całym swym jestestwem kochał swojego pana i otaczający świat. Pamiętam, jak wspólnie rozwiązywali sąsiedzkie problemy, troszczyli się o Babcię - Sąsiadkę, śpiewali piosenki i odpowiadali na listy tysiąca dzieciaków. W końcu wychodzili na swój ulubiony spacer. I czekało się znowu tydzień, by w piątek zaprosić ich do swego domu. Problemem było, gdy akurat po 15:00 rzucano solone masło i całą rodziną należało odstać swoje. Nie było szans, by na 16:40 zdążyć z powrotem. Ale przeważnie udawało się zaliczyć "słoniową" piosenkę czy film o kocie Filemonie. "Cztery słonie, pyzate słonie, każdy kokardkę ma na ogonie...". Ech, to se ne vrati...
Przez 12 lat, gdy program utrzymywał się na antenie, dorosłem, nie było już łatwo zmamić mnie szmacianą kukiełką. Ale pozostało coś, czego się nie zapomni: humor, radość, wyczucie i uśmiech pana Zygmunta. Jak dziadka, którego nie pamiętam...
A teraz już DO-ZO-BA-CZE-NIA mniam, mniam, mniam
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Pieniądze to nie wszystko?
14 marzec 2007
|
Jadę na pocztę wysłać dwa priorytetowe listy polecone. O 18:00 mam spotkanie. Spoko, zdążę, dopiero 17:15. Pewnym krokiem wkraczam na salę operacyjną. Co za durna nazwa... 6 okienek, każde opisane "UNIEWERSALNE". Podążam tam, gdzie najdłuższa kolejka. Tu nadaje się listy. I paczki też. Ba, można nawet, podobno, je tu odebrać. Wystarczy okazać awizo... Miraż nad miraże. Klienci szkoleni latami karnie stoją z dowodami nadania, z awizami i kopertami. Zaczynam z nudów rozglądać się po sali. Sąsiednie okienko, a jakże UIWERSALNE, zasłonięte przecudnej urody groszkowymi żaluzjami. Pomiędzy szybę a żaluzje wetknięta przyżółcona kartka "Nieczynne". Tuż obok pięknie wyklejone godziny otwarcia, godziny przerwy. Wg mojego czasu pokładowego przerwy teraz nie ma, a do zamknięcia okienka pozostała godzina. Za ladą krzątaję się uroczo dwie panie. Pocztmistrzynie. Jedna obsługuje moje okienko, druga przewala jakieś stosy kopert. Dlaczego nie otworzą drugiego okienka? Nie opłaca się, w kolejce stoi dopiero osiem osób... - "Tej paczki tu pani nie odbierze, proszę do tamtego okienka" - "No, ależ jak tu 20 minut stoję, a co ta paczka jakaś inna?" - "Wielkowymiarowa, proszę przejść tam, tam stoi tylko jeden pan". Mija parę minut, afera, nie można znaleźć listu dla pani Bulwiakowej. W odsiecz rusza trzecia pani w gustownej błękitno-granatowej apaszce. Przez moment trzy gracje wirują pomiędzy szufladami, plecionymi koszami, plastikowymi pudełeczkami i segregatorami. - "No nie ma, Bulwiak przez "u"? Na kontuarze dumnie pręży się monitor LCD firmy HP. Na dole komputer, ale i on nie jest w stanie objąć rozumem tego całego bajzlu. Pewnie ma za słaby procesor... - "Czy to ma być paczka czy list?" - "Ja nie wiem"- twierdzi Bulwiakowa - "syn kazał odebrać" Pytam, dlaczego zamknięte jest okienko, które wg wszelkich znaków na niebie i ziemi powinno być czynne. Wprowadzam szefową zmiany w nieziemską furię. - "No przecież widać, że my tu nie siedzimy, listu szukamy" Postanawiam za 8 minut zadać swoje standardowe pytanie, dlaczego wszystkie okienka opisane są jako UNIWERSALNE, a listy można nadawać tylko w jednym? Po drugiej stronie sali dwie znudzone urzędniczki siedzą przy pustych okienkach. Akurat nikt nie chce robić przelewów... Czas leci, już po szóstej. Spóźnię się - choć tego nie znoszę. "Punktulność jest domeną królów" - rzucę kolejkę w pierony. Ale szkoda... Do akcji po drugiej stronie lady wkracza pani sprzątajaca. Jej gustowny, kwiecisty ubiór i dzierżony w dłoni Cilit BANG budzi respekt. Cała jej postawa świadczy o tym, że ona tu najlepiej się orientuje. - "Halinka, Ty nie pisałaś tego listu?" -"Jak nazwisko?" -"No, Bulwiak" -"Bulwiak, Bulwiak, leży we wczorajszych" Rewelacja, znalazły, teraz ja, teraz moje pięć minut. -" Dwa listy, oba polecone, proszę priorytetem, ale takim szybkim" - dodaję Bach bach, stempel precyzyjnie odbił datę i godzinę kasując znaczki. Mam nadzieję, że nie skasował zawartości koperty. Sądząc z energii uderzenia miał prawo przeleźć na drugą stronę ...biurka. -" 9,90 pan płaci" Sięgam do kieszeni - pusta, do drugiej - dokumenty, karty, rachunki, karty kredytowe. Przechodzę do kurtki - klucze do samochodu, przepustka do pracy, klucze do domu.
Jasny gwint - nie wziąłem kasy ze sobą... |
|
Komentarzy:
0
|
|
Wiosna, wiosna...
13 marzec 2007
|
Zdejmuję z altany niebieskie folie zabezpieczające przed śniegiem, którego tej zimy nie dane nam było oglądać zbyt wiele. Nie mogę dłużej patrzeć na ten dysonans kolorystyczny... Poładniało. Sezon wiosenno-altanowy uważam za otwarty. Grill wyczyszczony, aż rwie się, aby być potrzebnym. A może by tak zdjąć świąteczne stroiki i jemiołę? Zostawiam - niebawem dokonamy ich całopalenia - już widzę to ognisko. Ashes to ashes...
Dziś imieniny Bożki - wszystkiego co najlepsze, uśmiechu i radości! Ech, rozpieszczają tą moją Babę - bluzeczki, słodycze, morze kwiatów, rysunki dzieciaków, wizyty koleżanek i znajomych. Ale... Należy się! :-)
|
|
Komentarzy:
0
|
|
| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
Księga gości
| Statystyki |
Gości:
12007
|
Komentatorów:
220
|
|
Wpisów do Księgi Gości:
6
|
|
|